Machowa: Rzeź galicyjska 1846 r. czyli szczegółowy opis dokonanych morderstw, rozbojów i łupieztw…

Źródło: polona.pl, Tessarczyk Antoni, Rzeź galicyjska 1846 r. czyli szczegółowy opis dokonanych morderstw, rozbojów i łupieztw, wraz z ważniejszemi wypadkami, jakie tym okropnym scenom towarzyszyły w związku z intrygami biórokracyi.

Dwadzieścia cztéry godzin z mojego życia w dniu 19 Lutego 1848


Wielkie płaty śniegu popędzane od silnego mroźnego wiatru, biły w okna naszego samotnego leśnego mieszkania w Machowy, podczas gdy z mym bratem pożywaliśmy obiad, wprawdzie nie książęcy, lecz smakujący nam wybornie. Cała przyroda zdawała się okazywać ogrom swéj siły, jakoby usiłowała zakryć nieprzenikniona oponą gęsto padającego śniegu, rozpoczynające się czyny okrucieństwa.

Podczas gdy oddani pobiedniemu spoczynkowi, ogrzéwaliśmy przy ciepłym piecu skośniałe od mrozu członki, weszło 2ch Gajowych, aby według zwyczaju w domu leśniczego przysposobić opału; brat mój przeto zniewolony opuścić swoje wygodne przy piecu stanowisko, wyszedł dla wydzielenia tymże roboty.

Ja jednak pozostałem w mojém korzystném położeniu, nie myśląc wcale w dniu tym opuścić ogniska orzeźwiającego moje strudzone członki; inne atoli było zrządzenie Opatrzności. Albowiem w tém położeniu dozwoliwszy wolnego lotu myślom w przestworze wyobraźni, która wystawiała mi przyszłość w najżywszych i najpiękniejszych kolorach, z tych moich marzeń w bardzo nieprzyjemny sposób zbudzony zostałem przez dzikie i pomieszane wielu głosów okrzyki.

Tak niezwykły wrzask w naszéj samotni spowodował mnie do śledzenia tegóż przyczyny, wyszedłem w tym celu na podwórzec i spostrzegłem takowy otoczony przez kilkuset chłopów, w kosy, cepy i widły uzbrojonych.

Gdy nieco pomięszany, ujrzawszy te blade oblicza, których oczy iskrzyły się żarem chciwym mordu, cofnąłem się za próg sieni, cała ta banda przystąpiła do mego brata na dziedzińcu. Z takowéj jeden wystąpił naprzód i na zapytanie brata, co to ma znaczyć i czego od nas żądają, powitał go pochwaleniem Chrystusa, a wtedy jakoby na dane hasło, biédny mój brat w koło obtoczony, nie przeczuwający nic złego, zamordowanym został cepami.

Zanim mógłem coś postanowić i pospieszyć w pomoc bratu, drugi oddział téj tłuszczy uzbrojony w strzelby, zrabowane po okrutném zamordowaniu w Zdziarach książęcego leśniczego Kłosowskiego, wpadł na mnie z okrzykami: „chodźcie i zabijcie tego drugiego!”. W tém uderzony w piersi przez jednego z tych morderców, byłbym pewnie życie zakończył, gdyby moja przytomność umysłu nie była mnie z tego rozpaczliwego wyratowała położenia.

Często się zdarzać zwykły, iż odwaga i rezygnacya wzrastają w miarę wielkości niebezpieczeństwa, co się obecnie mnie przytrafiło. Owładnięty myślami, by życie swoje o ile można sprzedać najdrożéj, przewidziawszy, że sam nic nie podołam przeciwko kilkuset chłopom, których pragnienie krwi i zemsty, przez gorzałkę doprowadzone zostało do najwyższego stopnia, z wysileniem rozpaczy zerwałem się z ziemi, powaliłem stojącego przedemną i ciągle swemi cepami mnie bijącego chłopa, poczém ująć wiszącą za tymże dubeltówkę, takową odwieść i wystrzelić, było dziełem jednéj chwili. – Jeden z tych morderców, Szymański z Zdziar, bynajmniéj nie wydawszy krzyku, niebawem upadł przy moich nogach i na tém krwawém miejscu wyzionął swą czarną duszę.

Drugi z téj bandy, nazwiskiem Kot, także z Zdziar, któremu cały ładunek wpakowałem w rękę, lecz nie wiem w którą, z wielkim krzykiem uciekł za swoimi towarzyszami, a ja ujrzałem się sam w sieni wraz z zabitym. Korzystając z zamieszania, żadnego im czasu do namysłu nie dając, gdyż najmniejszą przewłokę życiem mógłbym przypłacić, wypadłem z wypaloną strzelbą na dziedziniec zamierzając przez tę tłuszczę przebić się do najbliższego lasu; lecz z wielkiém mojém podziwieniem, spostrzegłem, iż takowi na mój widok dobrowolnie się rozstępują, a przez to mnie, już za umarłego osądzonemu, drogę utorowali, niezwlekając przeto i chwili, korzystałem z przyjaznéj pory i pomimo wyséłanych za mną strzałów przez tych, którzy najpiérwéj przyszli do przytomności, wyjąwszy kilka zranien głowy, zresztą w dobrym zdrowiu, dostałem się do poblizkiego lasu.

Tak może z ćwierć mili idąc przez największą gęstwinę, wyczérpany i opadły na siłach, upadłem bez przytomności. Nie mogę z pewnością oznaczyć, jak długo pozostawałem w tym stanie omdlenia; dosyć na tém, że przyszedłszy nie co do sił i spostrzegłszy, że jeszcze silnie trzymam w zębach kostkę od lulki, którą paliwszy podczas przybycia tych rabusiów, w walce zgubiłem, nie mniéj, leżąca wedle mnie strzelba i moje rany, były wystarczającém świadectwem, że wszystko to, co tu opisuje, jest rzetelną prawdą nie zaś próżném marzeniem. Niech się kto postawi w mojém położeniu, a znajdzie, że takowe wcale do pozazdroszczenia nie było: wspomnienia o moim kochanym bracie, którego w tak okropny utraciłem sposób, samotny i opuszczony, bez przyjaciela, oddalony od swoich, w obcym kraju, bez przytułku w tak przykréj porze roku i ciągle w bojaźni być odkrytym od ścigających, lub téż od innych hord chłopskim, czegóż się mógłem spodziewać, jeżeli nie najokropniejszéj i męczeńskiéj śmierci?

Po krótkim wypoczynku, zagrzebawszy strzelbę pod śniegiem w gęstwinie, udałem się drogą przez Lipiny do Pilzna, dokąd przy wyiskrzonym niebie, mijając każdą chatę, przybyłem około 8 godziny wieczór i podsłuchiwałem, może na 100 kroków oddaloną straż, złożoną z żydów, mieszczan i chłopów. Drżąc od zimna i jak bocian kłapiąc zębami, opuściłem moją kryjówkę i dobrowolnie oddałem się stróżującéj bandzie, którą zapowiadając mi śmierć na jutro, zaprowadziła do miejskiego więzienia, a tak dała czas przygotować się do mającéj nastąpić śmierci.

Zupełnie przekonany, że noc ta ostatnią i że nie pozostaje mi więcéj życia nad 10 godzin, popadłem w głębokie, ponure dumanie, a błogi sen, przyrodni brat śmierci, zwarł mi powieki i wyrwał z trapiącéj obecności. Skrzypienie zamku mojego więzienia zbudziło mnie i wczorajsze zapowiedzenie śmierci, przywróciło pamięć.

Wszedłszy tam z 20 mieszczan i chłopów, związali mnie grubym powrozem i wiedli jak sądziłem do miejsca, na którém moje życie, w sposób dreszczem przerażający zakończyć miałem, jednak w księdze przeznaczeń, śmierć takowa przepisaną dla mnie nie była. Wóz parokonny, na którym już siedziało powiązanych dwóch towarzyszów wspólnego nieszczęścia, stał się miejskiem więzieniem, gotowy do przyjęcia mnie już prawie umierającego. Wyjechaliśmy z Pilzna pod strażą ośmiu z tych synów ciemności, w pośród odgróżek zgromadzonych mieszkańców: zaledwie przybywszy do mostu, napotkaliśmy dwóch pocztylionów z Tarnowa powracających, którzy na zapytanie, coby tamże słychać było, odpowiedzieli, iż wyszedł wyraźny rozkaz Starosty Breindla, aby każdego natychmiast na miejscu zabijać; objaśnienie to, w pół godziny później, było przyczyną śmierci wielu niewinnych. Nasza szanowna straż chciała nam wyświadczyć tęż samą przysługę, któréj wraz z nami doznać miało z 15 osób na 3ch wozach siedzących, a którzy w tak okropném położeniu z przyczyny bojaźni męczeńskiéj śmierci, korzystając z ostatnich chwil, polécali swoje dusze Wszechmocnemu Stwórcy. Lecz powtórnie przez kilku litościwszych mieszczan, jechaliśmy daléj do Tarnowa.

Jechawszy zaledwie z kwadrans, podobało się jednemu z moich stróżów zawiązać ze mną rozmowę, któréj rezultatem było parę policzków i ściągnienie ze mnie niektórych części odzieży. Tak przejechaliśmy Machowę, gdzie obdarty z reszty sukien, najprzeraźliwsze ciérpiący zimno, w Woli podgórskiej ogrzany zostałem dosyć dobrą porcyą uderzeń i tak przejechaliśmy austeryą, Ładna nazwaną.

Któż opisze moją radość na widok Tarnowa, gdzie spodziewałem się znaleść koniec mych wszystkich ciérpień; głęboko odetchnęły me piersi na widok forpoczty cesarskich Chevauxlegerów z 6 ludzi przy rogatce stojącéj, życie moje zdawało się nabierać nowych sił, słowem, widziałem się być wyrwanym z okropnego położenia. Przybywszy do forpoczty, prosiłem kaprala o obronę przeciw, jak sądziłem samowładności chłopstwa. Lecz jakże zostałem oszukanym w mojém oczekiwaniu, gdy w miejsce odpowiedzi, otrzymałem od bohatérskiego komendanta uderzenie płazem, za którego przykładem, cały patrol wraz z naszą strażą, mnie na pół śmiertelnie zbitego, przywiązanego powrozem do literki wozu, mnie biédnego Czecha, bez litości tak silnémi obłożyli uderzeniami, że z ust, uszów i oczów krew wytrysnęła. I dla czego? sami nie wiedzieli.

Nie chcę trudzić szanownego czytelnika opisaniem mojéj długiéj w miasto przechadzki, dodam tylko, że przybywszy przed c. k. szpital, raz jeszcze w obecności bohaterskiego półkownika Moltke i jego pp. oficerów, nową odbyłem mustrę, z końcem któréj bez przytomności upadłem, a dzielny dowódzca milczącémi jestami dał do poznania swoje zadowolenie, swym bohaterskim żołnierzom. Poczém pod inną strażą eskortowany do Kamienobrodzkiego, byłbym pod silnemi uderzeniami jakiegoś oficerskiego służalca, ducha wyzionął, gdyby litościwi landsdragon nie był stanął w mojéj obronie.

Człowiek ten zaprowadził mnie do sali, gdzie zastałem karnawałowych gości mimowolnie zamaskowanych, a których liczba z każdą chwilą wzrastająca nieżywemi, pozornie zabitemi i na pół umarłemi, moją osobą powiększoną została.

Nic mi wiecéj dodać nie pozostaje, jak tylko, że musiałem wyglądać nie bardzo zajmująco; gdyż wystawcie sobie człowieka w koszuli, boso, z czerwoną czapką na głowie, twarz i ciało okryte ranami, z których przynajmniéj żadna śmiertelną nie była, wystawcie sobie powtarzam, mnie stojącego w pośród narzekających ojców i synów, z których nie jeden opłakiwał utratę miłéj sobie osoby; musiał to zaiste być widok serce rozdziérający.

Lecz łaskawa Opatrzności ręka, zlała zbawienny balsam na rany duszy i ciała cierpiącéj ludzkości, gdy ta, w Tarnowa mieszkańcach znalazła pocieszenie i potrzebną pomoc lekarską. Był to poruszający widok gdy delikatna płeć piękna z Tarnowa z najczulszą troskliwością obmywała i obwięzywała rany, tak srogo przygniecionych nieszczęściem, nieszczędząc żadnych kosztów w dostarczeniu środków potrzebnych.

I ja biedny, cierpiący Czech, otrzymałem cząstkę tych starań, w których owe pocieiszycielki nie uważały że jestem ziomkiem sprawców tych scen okropnych i im tylko jedynie moje obecne zdrowie zawdzięczyć mogę.

Tak więcej, mam sobie to za święty obowiązek pismem niniejszém złożyć moje najżywszy dzięki mym opiekónkom, będąc przekonanym że od nich z tymże uczuciem przyjętemi zostaną, z jakiém wypływają z mojego wdzięcznością przepełnionego serca.

Uwolniony po cztéeromiesięczném więzieniu, udałem się do Machowy, dla odebrania resztek z mych rzeczy, którebym zdołał odszukać; lecz od prowizorycznie tamże mianowanego mandataryusza, Adapsowicza otrzymałem odpowiedź: iż urząd cyrkularny zakazał bez jego pozwolenia wydawać rzeczy z rabónku pochodzące; z tego się okazuje, że chłopstwo nic z własnéj woli, lecz z poleczenia urzędu cyrkularnego, dopuszczało się tych morderstw i okropności. Potwierdzenie tego otrzymałem od włościanina z Machowy, Łabudzkiego, który dawniéj będąc gajowym, bardzo się czynnie odznaczył przy tych rabónkach. Ten na moje wyrzuty, następną dał mi odpowiedź: „P. komisarz Zmińkowski gdy „jechał przez Zdziary z Zasowa i z Wiewiórki, nakazał nam, „żeby wszystkich pozabijać, a rzeczy wziąść sobie.” Z tego się okazuje, że p. Zmińkowski, rozpocząwszy krwawą w Zasowie rzeź, wszędzie ślady takowéj w Wiewiórce, Zdziarach i Machowy pozostawiając, w Cyrkule bardzo się czynnym okazał, w skutek których podłości, tak wiele ofiar utraciło życie.


Brzeźnica d. 1 Lipca 1848 r.


J. Rzehasz


Pisarz urzędu leśnego w Borku Brzeźnickim

Poszukiwanie korzeni

Pilzneńskie szkoły w archiwach

Archiwa Państwowe przechowują w swoich zbiorach kilometry dokumentów szkolnych. Wśród dostępnych źródeł znajdują się dokumenty administracyjne, kroniki szkolne, katalogi ocen…

Artykuły historyczne

© 2022-2024 Stowarzyszenie Genealogiczne Ziemi Pilzneńskiej TERRA PILSNENSIS