Artykuły historyczne,  Wpisy

Między metryką a pamięcią. Życie mieszkańców dawnej parafii Bieździedza

Wszystko zaczęło się od chęci poznania historii własnej rodziny. Z czasem okazało się, że parafialne księgi metrykalne kryją znacznie więcej niż pojedyncze drzewa genealogiczne. Pozwalają odtworzyć historię całej lokalnej społeczności.

Przez ostatnie lata zindeksowałem ponad 25 tysięcy wpisów urodzeń, małżeństw i zgonów z ksiąg parafii Bieździedza, przejrzałem dziesiątki dokumentów i setki zdjęć. Odbyłem niezliczone rozmowy z wieloma osobami. Dzięki temu mogłem prześledzić losy tysięcy mieszkańców Bieździedzy, Bieździadki, Lublicy i Sowiny na przestrzeni prawie 200 lat. Przez cały ten czas mieszkańcy spotykali się przy tym samym kościele parafialnym – tutaj chrzcili dzieci, zawierali małżeństwa i żegnali swoich bliskich. Choć mieszkali w czterech odrębnych wsiach, tworzyli jedną wspólnotę połączoną więzami rodzinnymi i sąsiedzkimi.

Dzięki temu możliwe stało się spojrzenie na historię regionu z perspektywy zwykłych ludzi. Interesują mnie nie tylko właściciele majątków i ważne wydarzenia polityczne, lecz przede wszystkim mieszkańcy, którzy przez pokolenia tworzyli lokalną społeczność – rolnicy, rzemieślnicy, służący dworscy, emigranci, żołnierze, matki i dzieci. To ich historia została zapisana w metrykach i to ona jest głównym tematem tego opracowania.

Zapisany obraz wsi

Niniejszy artykuł koncentruje się przede wszystkim na mieszkańcach dawnej parafii Bieździedza i ich codziennym życiu. Osoby zainteresowane historią samej parafii, dziejami kościoła, miejscowego szkolnictwa oraz najważniejszymi wydarzeniami z przeszłości mogą sięgnąć również do osobnego opracowania: Parafia Bieździedza – historia i mieszkańcy.

Pierwszym punktem odniesienia dla odtworzenia realiów życia dawnych mieszkańców były i są dla mnie dane przytoczone przez ks. Władysława Sarnę w opracowaniu powiatu jasielskiego z 1908 roku. Zanim podjąłem się indeksacji metryk, jedynie na tej podstawie budowałem swoje wyobrażenie o dawnej wsi. Według informacji Bieździedza liczyła 749 mieszkańców, Bieździadka 893, Lublica 536, a Sowina 845 osób.

Liczba mieszkańców miejscowości należących do parafii Bieździedza

Miejscowość 1908 2024 Zmiana
Bieździedza 749 1439 +92%
Bieździadka 893 1423 +59%
Lublica 536 567 +6%
Sowina 845 875 +4%

Porównanie liczby mieszkańców miejscowości należących do parafii Bieździedza na początku XX wieku i współcześnie. Opracowanie własne na podstawie: ks. W. Sarna, Opis powiatu jasielskiego, Przemyśl 1908 oraz Raport o stanie Gminy Kołaczyce za rok 2024, Urząd Miejski w Kołaczycach, Kołaczyce 2025. Porównanie ma charakter orientacyjny – dane pochodzą z różnych epok i różnych systemów ewidencji ludności.

Dla porównania współczesne dane pokazują wyraźne zmiany demograficzne. Bieździedza i Bieździadka są dziś niemal dwukrotnie większe niż na początku XX wieku, natomiast Lublica i Sowina zachowały zbliżoną liczbę mieszkańców. Pokazuje to, że rozwój poszczególnych miejscowości przebiegał bardzo nierównomiernie — część wsi stopniowo się rozbudowywała, inne przez dziesięciolecia utrzymywały podobną skalę zaludnienia.

Mimo stosunkowo niewielkiej liczby mieszkańców były to społeczności bardzo zwarte i silnie powiązane rodzinnie. Przy wysokiej dzietności, małżeństwach zawieranych pomiędzy sąsiednimi miejscowościami oraz niewielkiej mobilności mieszkańców przez pokolenia tworzyła się gęsta sieć pokrewieństw.

Skąd pochodzą dane?

Podstawą większości analiz przedstawionych w tym artykule są księgi metrykalne parafii Bieździedza oraz ich wieloletnia indeksacja. O historii tych źródeł, sposobach ich prowadzenia oraz praktycznych aspektach pracy z metrykami przeczytasz w osobnym artykule: Historia i praktyczne aspekty pracy z księgami metrykalnymi.


Małżeństwa

Dynamika liczby małżeństw

W latach 1784–1944 w kościele parafialnym w Bieździedzy zawarto 3445 małżeństw. Przez większą część badanego okresu liczba ślubów pozostawała stosunkowo stabilna i najczęściej mieściła się w przedziale od kilkunastu do około 25 rocznie. Dopiero druga połowa XIX wieku przyniosła wyraźny wzrost liczby zawieranych małżeństw, odzwierciedlający rozwój demograficzny parafii.

Liczba małżeństw zawieranych w parafii Bieździedza w latach 1784–1944. Opracowanie własne na podstawie ksiąg metrykalnych parafii Bieździedza.

Wzrost widoczny po połowie XIX wieku był efektem kilku nakładających się zjawisk:

  • systematycznego wzrostu liczby mieszkańców parafii,
  • większej liczby osób osiągających wiek małżeński,
  • oraz ogólnego zwiększenia liczby zakładanych rodzin.

W latach 1880–1910 coraz częściej notowano ponad 30 ślubów rocznie, co stanowiło wyraźną zmianę w porównaniu z wcześniejszym okresem. Szczególnie wyróżnia się rok 1919, w którym odnotowano rekordowe 72 małżeństwa. Był to najprawdopodobniej efekt kumulacji ślubów odkładanych podczas I wojny światowej. Odmiennie wyglądały lata 1915–1917, kiedy działania wojenne i przemarsze frontu doprowadziły do wyraźnego spadku liczby zawieranych małżeństw.

Rozkład wieku kobiet i mężczyzn w chwili zawarcia małżeństwa w parafii Bieździedza w latach 1784–1944. Opracowanie własne na podstawie ksiąg metrykalnych parafii Bieździedza.

Rozkład wieku nowożeńców pokazuje, że zdecydowana większość mieszkańców parafii zakładała rodziny krótko po ukończeniu 20. roku życia.

Kiedy najczęściej brano śluby?

Rozkład ślubów w ciągu roku pokazuje, że wybór terminu nie był przypadkowy. Mieszkańcy parafii dostosowywali życie rodzinne zarówno do kalendarza liturgicznego, jak i rytmu prac gospodarskich. Najwięcej małżeństw zawierano jesienią, przede wszystkim w październiku i listopadzie, po zakończeniu najważniejszych prac polowych. Drugim popularnym terminem był luty, przypadający pomiędzy okresem Bożego Narodzenia a początkiem Wielkiego Postu.

Najrzadziej śluby odbywały się w marcu i grudniu, co wynikało z ograniczeń związanych z Wielkim Postem i Adwentem. Ciekawy jest również rozkład według dni tygodnia. Wbrew współczesnym zwyczajom ceremonie bardzo często odbywały się w dni powszednie. Wyraźna przewaga poniedziałków, wtorków i śród sugeruje, że termin zależał nie tylko od decyzji rodzin, ale także od lokalnej praktyki parafialnej oraz organizacji nabożeństw.

Rozkład małżeństw według miesięcy w parafii Bieździedza w latach 1784–1944. Opracowanie własne na podstawie ksiąg metrykalnych parafii Bieździedza.

Skąd pochodzili nowożeńcy? Świadkowie ceremonii

Zdecydowana większość małżeństw zawierana była pomiędzy mieszkańcami tej samej miejscowości lub sąsiednich wsi. Dla większości mieszkańców parafii codzienne kontakty ograniczały się do najbliższej okolicy, dlatego partnerów życiowych szukano przede wszystkim wśród osób dobrze znanych rodzinie. W praktyce oznaczało to, że wielu nowożeńców było ze sobą spokrewnionych w dalszych pokoleniach, choć często nie zdawano sobie z tego sprawy.

Ślub odbywał się najczęściej w parafii zamieszkania panny młodej. Przypadki, w których jedno z małżonków pochodziło z bardziej odległej miejscowości, należały do rzadkości. Dotyczyło to głównie osób związanych z miejscowymi dworami – zarządców, oficjalistów, rzemieślników, służby lub pracowników folwarcznych – których obowiązki zawodowe prowadziły poza najbliższe sąsiedztwo.

W księgach małżeństw dużą rolę odgrywali również świadkowie. Niemal zawsze byli to mężczyźni, najczęściej krewni, sąsiedzi lub osoby cieszące się zaufaniem lokalnej społeczności. W wielu przypadkach można zauważyć, że te same osoby występowały jako świadkowie wielokrotnie, niekiedy przez kilkadziesiąt lat. Sugeruje to, że byli to mieszkańcy posiadający szczególną pozycję we wsi — gospodarze, urzędnicy gromadzcy, rzemieślnicy lub osoby pełniące funkcje związane z parafią. Analiza świadków pozwala więc spojrzeć na dawną społeczność z innej perspektywy, pokazując nie tylko więzi rodzinne, ale również lokalne autorytety i sieci sąsiedzkich powiązań.

Rozkład małżeństw według dni tygodnia w parafii Bieździedza w latach 1784–1944. Opracowanie własne na podstawie ksiąg metrykalnych parafii Bieździedza.

W jakim wieku zawierano małżeństwa?

Kobiety wychodziły za mąż stosunkowo wcześnie. Najwięcej panien młodych miało od 18 do 22 lat, a szczyt rozkładu przypadał na około 20–21 rok życia. Małżeństwa zawierane przed ukończeniem 18 lat nie należały do rzadkości i stanowiły zauważalną część wszystkich przypadków. Najmłodsza odnotowana panna młoda miała zaledwie 14 lat, były to jednak sytuacje wyjątkowe.

Mężczyźni żenili się przeciętnie kilka lat później. Najczęściej zawierali małżeństwa między 23. a 26. rokiem życia, a rozkład wieku był znacznie bardziej rozciągnięty niż w przypadku kobiet. Stosunkowo często spotykane były również śluby mężczyzn po trzydziestce. Typowa różnica wieku pomiędzy małżonkami wynosiła około 3–5 lat, a najbardziej charakterystyczny model dla lokalnej społeczności można określić jako kobieta około 20 lat i mężczyzna około 24–25 lat.

Po 25. roku życia liczba ślubów kobiet szybko malała, podczas gdy wśród mężczyzn pozostawała jeszcze stosunkowo wysoka. Wynikało to nie tylko z obyczajów, ale również z realiów gospodarczych. Młody gospodarz często musiał najpierw przejąć część majątku, zdobyć środki utrzymania, odbyć służbę wojskową lub uzyskać zgodę rodziny na założenie własnego gospodarstwa. Kobiety znacznie częściej wychodziły za mąż bezpośrednio po osiągnięciu pełnoletności.

Dla mieszkańców Bieździedzy, Bieździadki, Lublicy i Sowiny małżeństwo było jednym z najważniejszych momentów życia. Oznaczało wejście w dorosłość, założenie własnej rodziny oraz rozpoczęcie samodzielnego gospodarowania. W społeczności opartej na rolnictwie i silnych więziach rodzinnych była to naturalna kolej rzeczy, której podporządkowana była znaczna część życia młodych ludzi.

Średni wiek nowożeńców w parafii Bieździedza według dekady zawarcia małżeństwa (1784–1944). Opracowanie własne na podstawie ksiąg metrykalnych parafii Bieździedza.

Co ciekawe, średni wiek nowożeńców pozostawał zaskakująco stabilny przez cały analizowany okres. Kobiety najczęściej wychodziły za mąż w wieku około 21–23 lat, natomiast mężczyźni żenili się przeciętnie między 24. a 29. rokiem życia. Pomimo ogromnych zmian społecznych, uwłaszczenia chłopów, emigracji zarobkowej czy dwóch wojen światowych, podstawowy model wieku zawierania małżeństw wydaje się zaskakująco stabilny.

Choć większość małżeństw zawierano pomiędzy osobami w zbliżonym wieku, zdarzały się również związki z bardzo dużą różnicą lat. W 1899 roku 76-letni wdowiec Antoni Wrona z Lublicy poślubił 20-letnią Annę Kaletę z Bieździedzy. Z kolei 70-letni Stanisław Lechwar zawarł małżeństwo z 30-letnią Magdaleną Liszką. Spotykano również sytuacje odwrotne – w 1886 roku 50-letnia wdowa Ludwika Machowska wyszła za 29-letniego Ignacego Gozdeckiego, a dziewięć lat później 50-letnia Tekla Dziędzioł poślubiła 30-letniego Wiktora Wilisowskiego.

Choć małżeństwo było dla większości mieszkańców naturalnym etapem życia, w księgach metrykalnych można odnaleźć również osoby, które nigdy nie założyły rodziny. Wśród nich byli zarówno mężczyźni, jak i kobiety dożywający podeszłego wieku. Przykładem może być Jan Rosoł z Bieździedzy, zmarły w 1941 roku jako kawaler w wieku około 70 lat, Józef Kulig z Bieździadki, który zmarł w wieku 68 lat, czy Józef Koś z Lublicy, zmarły jako kawaler w wieku 60 lat. Wśród kobiet odnaleźć można między innymi Katarzynę Dubiel z Bieździedzy (72 lata), Zofię Bujak z Lublicy (70 lat) oraz Jadwigę Sypień z Bieździadki (63 lata), które do końca życia pozostały pannami.

Wdowy, wdowcy i kolejne małżeństwa

Wysoka śmiertelność sprawiała, że utrata współmałżonka była częścią codzienności dawnej wsi. Ponowne związki po śmierci żony lub męża należały do powszechnie akceptowanych i często wręcz koniecznych rozwiązań. Pozwalały utrzymać gospodarstwo, zapewnić opiekę dzieciom oraz zachować stabilność ekonomiczną rodziny. Z tego powodu nie należały do rzadkości osoby, które stawały przed ołtarzem kilka razy w ciągu życia.

Przykładem jest Wojciech Dziędzioł (ur. 1875), który zawierał związek małżeński czterokrotnie:

  • z Marianną Kopeć (1899),
  • ze Stefanią Hendzel (1912),
  • z Anielą Hendzel (1918),
  • oraz z Apolonią Lechwar (1923).

Jeszcze bardziej niezwykłym przypadkiem był Wojciech Gunia (ur. ok. 1813), który w ciągu życia zawarł aż pięć małżeństw:

  • z Anną Wojdyłą (1835),
  • z Agnieszką Sułkosz (1850),
  • z Teklą Piotrowską (1853),
  • z Anną Machowską (1858),
  • oraz z Jadwigą Szczerbą (1860).

Choć dziś takie historie mogą wydawać się niezwykłe, w XIX wieku były przede wszystkim konsekwencją wysokiej śmiertelności dorosłych. W wielu przypadkach kolejne małżeństwo zawierano zaledwie kilka lub kilkanaście miesięcy po śmierci współmałżonka, szczególnie gdy w domu pozostawały małe dzieci lub gospodarstwo wymagało codziennej pracy.

Co zawierała dawna metryka ślubu?

Akt ślubu Stanisława Hendzla i Anny Perełki z 26 października 1921 roku, Bieździadka. Źródło: księga małżeństw Bieździedza, USC Kołaczyce

Pojedynczy akt ślubu potrafił dostarczyć wielu faktów dotyczących nowożeńców oraz ich rodzin. Dobrym przykładem jest wpis dotyczący ślubu moich pradziadków, zawartego 26 października 1921 roku w Bieździadce.

Małżeństwo zawarli:

  • Stanisław Hendzel, lat 24, urodzony 5 maja 1897 roku, kawaler, syn śp. Piotra Hendzla i Wiktorii Matysik, urodzony i zamieszkały w Bieździadce pod numerem 126,
  • Anna Perełka, lat 21, urodzona 16 czerwca 1900 roku, panna, córka Franciszka Perełki i śp. Wiktorii Liszki, urodzona i zamieszkała w Bieździadce pod numerem 57.

Świadkami byli Henryk Cyrulik i Henryk Sypień, rolnicy. Ślubu udzielił ksiądz Ignacy Łonicki, natomiast zapowiedzi odbyły się 9, 16 i 23 października 1921 roku. Był to siódmy ślub odnotowany w Bieździadce w 1921 roku. Na akcie znajdują się również późniejsze adnotacje urzędowe zawierające informacje o dacie i miejscu śmierci obojga małżonków.

Stanisław Hendzel i Anna z Perełków w dniu ślubu, 1921 rok.

Jedną z rodzin, których losy udało mi się odtworzyć dzięki metrykom, zachowanym fotografiom oraz rodzinnym wspomnieniom, byli moi pradziadkowie — Stanisław Hendzel oraz Anna z domu Perełka. Podobnie jak wiele małżeństw zawieranych w tym okresie, ich związek przypadł na czas odbudowy życia po zakończeniu I wojny światowej.

Początkowo młode małżeństwo mieszkało na Kalinie w Bieździadce pod numerem 57, w domu Franciszka Perełki (1861–1944), ojca Anny. W 1926 roku przenieśli się na Młyniska do gospodarstwa zamieszkiwanego przez Franciszka Matysika (1855–1943), wuja Stanisława Hendzla. Był on postacią dobrze zapamiętaną przez kolejne pokolenie rodziny. Według wspomnień Stanisławy Hendzel (1927–2009), jako bardzo już wiekowy człowiek zabierał dzieci nad pobliski strumień, gdzie wspólnie łowiono raki. Franciszek Matysik był kilkukrotnie żonaty, jednak żadne z jego dzieci nie doczekało wieku dorosłego. Zmarł w 1943 roku.

Przez kolejne dziesięciolecia Stanisław i Anna mieszkali na Młyniskach, wychowując dzieci i prowadząc gospodarstwo. Ich historia jest jedną z tysięcy podobnych historii zapisanych w księgach parafialnych, ale dzięki zachowanym fotografiom i rodzinnym wspomnieniom można dziś spojrzeć na nią znacznie bardziej osobiście.

Stanisław i Anna Hendzlowie podczas mszy z okazji 50-lecia małżeństwa. Fotografia wykonana w 1971 roku.

Między tymi dwiema fotografiami upłynęło około pięćdziesięciu lat. W tym czasie przeżyli okres międzywojenny, II wojnę światową, wysiedlenia ludności, odbudowę powojennej rzeczywistości oraz wychowali kolejne pokolenie rodziny.

Rodzina, dzietność i macierzyństwo

Urodzenia

W całym analizowanym okresie widoczny jest stopniowy wzrost liczby urodzeń. Największą liczbę urodzeń odnotowano w:

  • 1895 roku — 143 przypadki,
  • 1925 roku — 141 przypadków,
  • oraz 1890 roku — 140 przypadków.

Rozkład ten wyraźnie wskazuje na kulminację rozwoju demograficznego pod koniec XIX wieku. Wysokie wartości z lat 20. XX wieku można natomiast interpretować jako efekt odbudowy demograficznej po stratach związanych z I wojną światową.

Liczba urodzeń odnotowanych w parafii Bieździedza w latach 1784–1925. Opracowanie własne na podstawie ksiąg metrykalnych parafii Bieździedza.

Rozkład urodzeń w ciągu roku nie był całkowicie przypadkowy. Najwięcej dzieci rodziło się zimą i wczesną wiosną, szczególnie w styczniu, lutym i marcu, natomiast najmniej urodzeń odnotowano we wrześniu i październiku. Oznacza to, że najwięcej poczęć przypadało prawdopodobnie na miesiące wiosenne i początek lata. Choć różnice pomiędzy poszczególnymi miesiącami nie są bardzo duże, widoczna sezonowość sugeruje wpływ rytmu prac gospodarskich, długości dnia oraz codziennego życia mieszkańców. W społeczeństwie opartym na rolnictwie nawet tak osobiste decyzje, jak zakładanie rodziny i posiadanie dzieci, pozostawały w pewnym stopniu związane z kalendarzem natury i prac polowych.

Rozkład urodzeń według miesięcy w parafii Bieździedza w latach 1784–1924. Opracowanie własne na podstawie ksiąg metrykalnych parafii Bieździedza.

Standard galicyjskiej rodziny

Przeanalizowałem ponad 3000 małżeństw odnotowanych w księgach parafialnych. Nie we wszystkich przypadkach możliwe było jednak jednoznaczne przypisanie dzieci do konkretnej pary małżeńskiej, niektóre pary dzieci w ogóle się nie doczekały. Ostatecznie do analizy liczby potomstwa włączyłem blisko 1500 małżeństw, dla których udało się z dużą pewnością odtworzyć skład rodziny i przypisać co najmniej jedno dziecko do konkretnych rodziców. W przypadku ponownych małżeństw zawieranych po śmierci współmałżonka każdy związek traktowałem jako osobny rekord. Na tej podstawie możliwe było przybliżone odtworzenie modelu rodziny charakterystycznego dla dawnej galicyjskiej wsi. We wszystkich badanych miejscowościach przeciętna liczba dzieci przypadających na jedno analizowane małżeństwo wynosiła około sześciu.

Dla dawnych mieszkańców regionu:

  • pięcioro lub sześcioro dzieci było czymś całkowicie normalnym,
  • rodziny liczące 10–12 potomków nie należały do rzadkości,
  • natomiast przypadki 14–15 dzieci zapisywały się już jako lokalne rekordy demograficzne.

Dzisiejsza średnia dzietność w Polsce – wynosząca około 1,2 dziecka na kobietę – wygląda przy tych danych niemal jak demograficzna rewolucja. Jeszcze 150–200 lat temu wielodzietność była po prostu naturalnym elementem funkcjonowania społeczności wiejskiej.

Rozkład liczby dzieci przypadających na jedno małżeństwo w wybranych miejscowościach dawnej parafii Bieździedza. Opracowanie własne na podstawie ksiąg metrykalnych parafii Bieździedza.

Warto zwrócić uwagę, że rozkłady dla wszystkich miejscowości są do siebie zaskakująco podobne. Najczęściej spotykanym modelem rodziny było wychowanie od pięciorga do ośmiorga dzieci, a rodziny posiadające jedynie jedno lub dwoje potomków należały do rzadkości. Oczywiście nie wszystkie dzieci dożywały wieku dorosłego, jednak nawet uwzględniając wysoką śmiertelność niemowląt i dzieci, dawna rodzina wiejska pozostawała wielokrotnie liczniejsza od współczesnej.

Analiza pokazuje również, że różnice pomiędzy poszczególnymi miejscowościami były stosunkowo niewielkie. Mieszkańcy całej parafii funkcjonowali w bardzo podobnych warunkach społecznych, gospodarczych i religijnych, co przekładało się na zbliżony model życia rodzinnego oraz dzietności.

Rekordowe rodziny

Metryki pozwalają wskazać konkretne rodziny, które doczekały się wyjątkowo licznego potomstwa. Choć rodziny liczące pięcioro czy sześcioro dzieci były w XIX wieku czymś zupełnie normalnym, niektóre małżeństwa doczekały się nawet kilkunastu potomków.

Sowina

Najwyższy udokumentowany wynik w Sowinie osiągnęli:

  • Tekla Kopeć (ur. 1870) oraz Andrzej Lechwar, którzy po ślubie zawartym w 1885 roku doczekali się aż 15 dzieci.

Inne bardzo liczne rodziny z Sowiny:

  • Anna Niklewicz (ur. 1824) i Józef Sarnecki – 13 dzieci,
  • Katarzyna Bronowicz (ur. 1847) i Piotr Kopeć – 13 dzieci.

Lublica

Rekordową rodziną byli:

  • Piotr Szpak (ur. 1837) i Anna Ochałek, którzy po ślubie zawartym w 1861 roku doczekali się 15 dzieci.

Kolejne bardzo liczne rodziny:

  • Wiktoria Matysik (ur. 1859) i Franciszek Mamroł – 13 dzieci,
  • Agata Tokarz (ur. 1814) i Michał Dubiel – 13 dzieci.

Bieździedza

Wśród największych rodzin odnajdujemy:

  • Stanisława Piątkowskiego (ur. 1823) i Mariannę Urban – 13 dzieci,
  • Jadwigę Kutyna (ur. 1788) i Józefa Urbana – 14 dzieci,
  • Antoninę Konstancję Borowy (ur. 1789) i Mikołaja Kaletę – 12 dzieci.

Bieździadka

Największe rodziny tworzyli:

  • Tomasz Jarecki (ur. 1864) i Wiktoria Urban – 14 dzieci,
  • Marianna Mamroł (ur. 1815) i Michał Ochałek – 12 dzieci,
  • Piotr Żyra (ur. 1861) i Marianna Sikora – 12 dzieci.

Choć dziś takie liczby mogą wydawać się wręcz niewiarygodne, w XIX wieku nie należały do całkowitych wyjątków. Wysoka dzietność była naturalną konsekwencją wczesnego zawierania małżeństw, braku skutecznej kontroli urodzeń oraz rolniczego charakteru lokalnej społeczności. To właśnie wielodzietne rodziny tworzyły fundament demograficzny dawnej parafii Bieździedza.

Urodzenia

Metryki pokazują wyraźnie, że macierzyństwo nie było pojedynczym etapem życia, lecz wieloletnim procesem, często obejmującym ponad dwie dekady życia kobiety. Analiza tysięcy porodów pozwala odtworzyć nie tylko liczbę dzieci w rodzinach, ale również wiek matek przy pierwszym porodzie, długość okresu rozrodczego oraz tempo pojawiania się kolejnych dzieci.

Przez większą część XIX i początek XX wieku porody odbywały się w domach rodzinnych. W księgach metrykalnych regularnie pojawiają się kobiety określane jako obstetrix, uczestniczące przy narodzinach dzieci i dobrze znane lokalnym społecznościom. W pierwszych latach XX wieku w metrykach Lublicy najczęściej spotykamy Mariannę i Katarzynę Ochałek, w Bieździadce Annę Dubiel, w Sowinie Annę Lechwar, a w Bieździedzy Zofię Gwiżdż.

Ich rola nie ograniczała się wyłącznie do pomocy przy porodach. Interesującą prawidłowością są metryki dzieci pozamałżeńskich, przy których często odnotowywano tylko jednego rodzica chrzestnego. Niejednokrotnie była nim właśnie kobieta obecna przy narodzinach dziecka. Pokazuje to, że osoby uczestniczące przy porodach zajmowały w życiu lokalnej społeczności szczególne miejsce i cieszyły się dużym zaufaniem mieszkańców.

Wiek matek w chwili porodu oraz przy narodzinach kolejnych dzieci w rodzinie. Opracowanie własne na podstawie ksiąg metrykalnych parafii Bieździedza.

Oba wykresy pokazują, że większość kobiet rozpoczynała macierzyństwo w pierwszej połowie trzeciej dekady życia, a następnie rodziła kolejne dzieci przez wiele następnych lat. W rodzinach wielodzietnych ostatnie porody przypadały często na okres po ukończeniu 40. roku życia.

Pierwsze dziecko

Pierwsze dziecko kobiety rodziło się przeciętnie wtedy, gdy matka miała około 24–25 lat. W zdecydowanej większości przypadków pierwszy potomek pojawiał się bardzo szybko po zawarciu małżeństwa — nierzadko wcześniej niż po „książkowych” dziewięciu miesiącach, co pokazuje, że ciąże przedmałżeńskie nie należały do wyjątków również w dawnej społeczności wiejskiej.

Rozkład wieku matek przy pierwszym porodzie jest bardzo wyraźny:

  • największa liczba pierwszych dzieci rodziła się pomiędzy 22. a 26. rokiem życia matki,
  • przypadki porodów przed ukończeniem 18. roku życia należały do rzadkości,
  • podobnie jak pierwsze macierzyństwo po 30. roku życia.

Rytm kolejnych porodów

Metryki pokazują, że kolejne dzieci pojawiały się w rodzinach przeciętnie co około dwa lata. W praktyce oznaczało to, że wiele kobiet przez znaczną część dorosłego życia pozostawało w ciąży lub wychowywało małe dzieci. Dla przykładu przy narodzinach trzeciego dziecka matka miała zazwyczaj około 28 lat, przy szóstym około 35 lat, a dziesiąte dziecko często rodziło się już po ukończeniu 40. roku życia.

Wiek matek przy narodzinach pierwszego dziecka oraz zależność pomiędzy wiekiem matki a kolejnością dziecka w rodzinie. Opracowanie własne na podstawie ksiąg metrykalnych parafii Bieździedza.

Największe natężenie porodów przypadało na kobiety w wieku 22–28 lat rodzące pierwsze, drugie lub trzecie dziecko. W kolejnych latach życia rosła również liczba dzieci w rodzinie, co dobrze ilustruje wielodzietny model rodziny charakterystyczny dla dawnej galicyjskiej wsi.

Rozkład wieku matek

Najwięcej dzieci rodziło się kobietom pomiędzy 24. a 27. rokiem życia, choć wysoka liczba porodów utrzymywała się od około 22. do 35. roku życia. Zdarzały się również porody bardzo młodych matek, mających zaledwie 15–16 lat, a także kobiet po czterdziestce. W pojedynczych przypadkach narodziny dzieci odnotowywano nawet u matek w wieku 45–49 lat.

Model ten dobrze ilustruje historia mojej prababki Wiktorii Janas z domu Mamroł (1899–1966). Pierwsze dziecko urodziła w wieku 18 lat, natomiast ostatnie mając już 47 lat.

Akt urodzenia Wiktorii Mamroł, późniejszej Janas, urodzonej w 1899 roku. Fragment księgi metrykalnej urodzeń Bieździadka, USC Kołaczyce.

Dzieci nieślubne

W analizowanym materiale odnotowano 773 narodziny dzieci nieślubnych, co stanowi około 6% wszystkich chrztów. Oznacza to, że średnio co siedemnaste dziecko przychodziło na świat poza formalnym związkiem małżeńskim. Zjawisko to występowało przez cały analizowany okres i nie było niczym wyjątkowym w realiach dawnej galicyjskiej wsi.

Skala nieślubności zmieniała się jednak w czasie. Najwyższe wartości obserwujemy w latach 20. XIX wieku oraz w drugiej połowie XIX stulecia, gdy udział dzieci nieślubnych okresowo przekraczał 8–10% wszystkich narodzin. Rekordowe lata pokazują, że w niektórych momentach nawet co szóste ochrzczone dziecko rodziło się poza małżeństwem.

Analiza miesięcy narodzin nie wskazuje na wyraźną sezonowość występowania dzieci nieślubnych. W większości miesięcy ich udział utrzymuje się na zbliżonym poziomie około 5–7% wszystkich narodzin. Jedynym wyraźnym odstępstwem pozostaje październik, w którym odsetek ten jest zauważalnie niższy.

Choć współcześnie może to budzić zdziwienie, dzieci nieślubne stanowiły stały element lokalnej społeczności. Księgi metrykalne pokazują, że ich narodziny nie były zjawiskiem sporadycznym, lecz częścią codzienności dawnej wsi.

Ciąże mnogie

W analizowanym okresie odnotowano 258 narodzonych bliźniąt, czyli 129 par. Oznacza to częstość występowania na poziomie niecałego 1% wszystkich narodzin, a więc około jednej pary bliźniąt na sto porodów.

Szczególnym przypadkiem były narodziny trojaczków. 22 maja 1863 roku w Lublicy, pod numerem domu 7, na świat przyszło troje dzieci Józefa Ochałka i Marianny z Maziarzów: Anna, Jan i Marianna. Niestety wszystkie zmarły w ciągu kilku lub kilkunastu dni po urodzeniu.

Cień wielodzietności

Wysoka liczba urodzeń nie oznaczała, że wszystkie dzieci dożywały dorosłości. Realia XIX wieku były bardzo trudne, a w wielu rodzinach co trzecie lub czwarte dziecko umierało jeszcze we wczesnym dzieciństwie. Szczególnie niebezpieczny był pierwszy rok życia, kiedy żniwo zbierały choroby zakaźne, niedożywienie oraz ograniczony dostęp do pomocy medycznej.

Wysoka śmiertelność dotykała jednak nie tylko dzieci. Również dla kobiet ciąża i poród wiązały się z realnym zagrożeniem życia. W przeanalizowanych księgach zgonów odnalazłem co najmniej 26 przypadków kobiet, których śmierć była bezpośrednio związana z porodem. W metrykach pojawiają się określenia takie jak „w trakcie porodu”, „po porodzie”, „trudny poród”, „po przedwczesnym porodzie”, „po porodzie bliźniąt”, „zakażenie po porodzie” czy nawet „zaniedbany poród”.

Akt zgonu Marii Sypień z Bieździedzy. Przyczyna zgonu: „po porodzie” (1934).

Wśród nich były między innymi Katarzyna Królicka z Bieździedzy, która zmarła podczas porodu w wieku 36 lat w 1798 roku, dwudziestoletnia Zofia Kulig z Bieździadki zmarła rok później w podobnych okolicznościach, a także Marianna Ochałek z Bieździadki, która odeszła przy porodzie w wieku 29 lat w 1807 roku. Tragiczne wpisy pojawiają się również w XX wieku. Anna Hendzel z Lublicy zmarła wskutek trudnego porodu w 1902 roku, Wiktoria Janas po przedwczesnym porodzie w 1917 roku, Ludwika Kopeć po porodzie bliźniąt w 1926 roku, a Helena Piątkowska jeszcze w 1940 roku na skutek zakażenia poporodowego.

Za każdą taką metryką kryje się dramat całej rodziny. Śmierć matki oznaczała nie tylko utratę żony i opiekunki dzieci, ale często również konieczność szybkiej reorganizacji funkcjonowania gospodarstwa. W wielu przypadkach osierocone dzieci wychowywali krewni, starsze rodzeństwo lub macochy pojawiające się po kolejnym małżeństwie wdowca.

Statystycznie mówimy więc często o ponad dziesięciu porodach w ciągu życia jednej kobiety, ale znacznie mniejszej liczbie dzieci osiągających dorosłość. Dawna wielodzietność była nie tylko elementem kultury i religijności, lecz także odpowiedzią na brutalne realia życia oraz wysoką śmiertelność mieszkańców galicyjskiej wsi. Jej cenę płaciły zarówno dzieci, jak i ich matki.

Zdrowie i śmierć dawnych mieszkańców

Dynamika liczby zgonów

W latach 1784–1945 w parafii Bieździedza odnotowano ponad 11 tysięcy zgonów. Przebieg roczny nie był jednak równomierny. Obok lat względnie spokojnych pojawiały się okresy gwałtownego wzrostu śmiertelności związane z epidemiami, nieurodzajem, głodem oraz wydarzeniami wojennymi.

Największą liczbę zgonów odnotowano:

  • w 1873 roku — 175 przypadków,
  • w 1847 roku — 156 przypadków,
  • oraz w 1848 roku — 152 przypadki.

Liczba zgonów odnotowanych w parafii Bieździedza w latach 1784–1945. Opracowanie własne na podstawie ksiąg metrykalnych parafii Bieździedza.

Najbardziej dramatyczny wzrost śmiertelności widoczny jest w latach 1847–1848. W historii Galicji okres ten zapisał się jako czas głodu, epidemii oraz głębokiego kryzysu gospodarczego określanego mianem Wielkiego Głodu Galicyjskiego.

W parafii Bieździedza liczba zgonów wzrosła wówczas z 46 przypadków w 1845 roku i 55 w roku 1846 do odpowiednio 156 i 152 zgonów w latach 1847–1848. Oznacza to niemal trzykrotny wzrost śmiertelności w ciągu zaledwie dwóch lat.

Na tle sąsiednich parafii sytuacja wyglądała jednak stosunkowo łagodnie. W Czermnej liczba zgonów wzrosła z 55 w 1846 roku do aż 414 rok później, natomiast w Kołaczycach z 89 do 295 przypadków. Skala katastrofy demograficznej była tam jeszcze większa.

Trudno dziś jednoznacznie wskazać przyczyny tych różnic. Wpływ mogły mieć lokalne warunki gospodarcze, dostępność żywności, struktura własności ziemi, stopień przeludnienia oraz przebieg epidemii chorób zakaźnych. Na wykresie dobrze widoczne są również inne fale podwyższonej śmiertelności, związane między innymi z epidemią cholery z 1873 roku oraz wydarzeniami I i II wojny światowej. Dane metrykalne pokazują, jak silnie wielkie wydarzenia historyczne wpływały na życie zwykłych mieszkańców parafii.

Jak długo żyli mieszkańcy?

Często można spotkać się ze stwierdzeniem, że jeszcze 200–300 lat temu ludzie żyli średnio zaledwie 30–40 lat. Jest to jednak duże uproszczenie. Kluczowe znaczenie ma tutaj słowo „średnio”, ponieważ bardzo wysoka śmiertelność dzieci — szczególnie przed ukończeniem pierwszego roku życia — silnie zaniżała dawne statystyki demograficzne.

Po przekroczeniu dzieciństwa i osiągnięciu wieku około 10 lat nasi przodkowie dożywali zazwyczaj 50–60 lat, czyli wcale nie tak krótko, jak często się dziś uważa.

Średnia długość życia mieszkańców parafii Bieździedza według dekad. Górny wykres uwzględnia wszystkie zgony, dolny przedstawia wyniki po wyłączeniu dzieci zmarłych przed ukończeniem 10. roku życia. Opracowanie własne na podstawie ksiąg metrykalnych parafii Bieździedza.

Różnica pomiędzy obiema seriami danych jest uderzająca. Gdy uwzględnimy wszystkie zgony, przeciętna długość życia przez większą część XIX wieku wynosi zaledwie około 20–30 lat. Po wyłączeniu dzieci zmarłych przed ukończeniem 10. roku życia średnia długość życia wzrasta jednak do około 45–55 lat.

Pokazuje to, że niska długość życia w dawnych statystykach wynikała przede wszystkim z ogromnej śmiertelności niemowląt i małych dzieci. Osoby, które przeżyły pierwsze lata życia, miały całkiem realną szansę dożyć wieku uznawanego współcześnie za późną dorosłość lub starość.

Rozkład wieku zgonów kobiet i mężczyzn po wyłączeniu dzieci zmarłych przed ukończeniem 10. roku życia. Opracowanie własne na podstawie ksiąg metrykalnych parafii Bieździedza.

Po usunięciu z analizy zgonów najmłodszych dzieci obraz zmienia się całkowicie. Najwięcej mieszkańców umierało pomiędzy 50. a 70. rokiem życia, a przypadki dożywania 80 lat i więcej nie należały do wyjątków. Dane te dobrze pokazują, że dawna „krótka długość życia” była przede wszystkim efektem ogromnej śmiertelności dzieci, a nie powszechnego umierania dorosłych w wieku 30–40 lat.

„Starość” w XVIII i XIX wieku

W księgach metrykalnych przyczynę śmierci zapisywano najczęściej bardzo ogólnie. Najczęściej pojawiają się określenia ordinaris lub naturalis oznaczające „śmierć zwyczajną”, a także senectus — „starość”. Warto jednak pamiętać, że w XVIII i XIX wieku za osobę starą uznawano często człowieka mającego zaledwie 55–60 lat.

Dla mieszkańców dawnej Galicji osiągnięcie takiego wieku było już oznaką długiego życia. Ciężka praca fizyczna, częste choroby, ograniczony dostęp do opieki medycznej oraz wysokie ryzyko śmierci w dzieciństwie sprawiały, że sześćdziesięciolatek postrzegany był jako człowiek sędziwy, nawet jeśli z dzisiejszej perspektywy trudno uznać taki wiek za prawdziwą starość.

Rekordy długowieczności

Mimo trudnych warunków życia w księgach metrykalnych odnajdujemy również osoby, które miały dożyć wyjątkowo zaawansowanego wieku. Wśród najstarszych mieszkańców parafii wymieniani są między innymi:

  • Paweł Zemrys z Bieździadki — 110 lat (1805),
  • Jan Głowacki z Sowiny — 110 lat (1804),
  • Barbara Musiałka z Bieździadki — 105 lat (1805),
  • Józef Kutyna z Bieździedzy — 100 lat (1793).

Do takich informacji należy jednak podchodzić z ostrożnością. W XVIII i na początku XIX wieku wiek zmarłych często wpisywano na podstawie pamięci rodziny lub szacunków sporządzanych przez księdza. W przypadku osób urodzonych jeszcze przed rozpoczęciem regularnego prowadzenia ksiąg metrykalnych dokładna weryfikacja wieku bywa dziś niemożliwa.

Metryki pozwalają jednak wskazać również przypadki bardzo zaawansowanego wieku, które można uznać za dobrze udokumentowane:

Najwyższy zapisany w metryce wiek: 110 lat.

Najstarsza dobrze udokumentowana mieszkanka: Franciszka Zabój – 97 lat.

Najczęściej występująca konkretna choroba: gruźlic.

Największa epidemia: cholera.

Najbardziej niezwykłe przyczyny zgonu: porażenie piorunem, zamarznięcie w burzę śniegową oraz śmierć po przebiciu przez krowę.

Na co umierali mieszkańcy?

Najczęściej spotykanymi określeniami w księdze zgonów były „śmierć zwyczajna”, „zwyczajna”, „starość”, „naturalna” oraz „przyczyny naturalne”. Takie wpisy rzadko wskazywały konkretną chorobę i pokazują ograniczone możliwości diagnostyczne epoki. W wielu przypadkach przyczynę śmierci ustalano na podstawie obserwacji rodziny lub oceny księdza, bez udziału lekarza. Dawne określenia chorób należy traktować jako zapisy kancelaryjne i potoczne, a nie zawsze jako diagnozy w dzisiejszym sensie medycznym.

Najczęściej zapisywane przyczyny zgonów w księgach metrykalnych parafii Bieździedza w latach 1784–1945. Opracowanie własne na podstawie ksiąg metrykalnych parafii Bieździedza.

Wśród bardziej szczegółowych rozpoznań najczęściej pojawiają się choroby zakaźne i schorzenia układu oddechowego. Szczególnie często odnotowywano zapalenie płuc i gruźlicę występującą pod nazwami „phthisis”, „pthisis” lub „tuberkuloza”, a także tyfus, cholerę, ospę prawdziwą, koklusz, dyfteryt oraz grypę. Wysoką śmiertelność powodowały również różnego rodzaju gorączki, stany zapalne i choroby wieku dziecięcego. Dla mieszkańców XIX wieku były to zagrożenia codzienne, które potrafiły w krótkim czasie dotknąć całe rodziny i sąsiedztwa.

Z dzisiejszej perspektywy szczególnie uderzające jest to, jak wiele osób umierało na choroby, które obecnie są skutecznie leczone lub niemal całkowicie wyeliminowane dzięki szczepieniom ochronnym. Jednocześnie księgi przypominają, że jeszcze stosunkowo niedawno zwykłe zapalenie płuc, koklusz czy ospa mogły oznaczać wyrok śmierci. Analiza przyczyn zgonów stanowi więc nie tylko źródło wiedzy genealogicznej, ale również świadectwo ogromnych zmian, jakie zaszły w medycynie i warunkach życia mieszkańców regionu na przestrzeni ostatnich dwóch stuleci.

W cieniu epidemii

Analiza przyczyn zgonów pozwala wyróżnić kilka fal epidemicznych, które szczególnie mocno dotknęły mieszkańców parafii. Najwięcej ofiar pochłonęła cholera. W księgach odnotowano łącznie 74 zgony przypisane tej chorobie, z wyraźnymi falami w latach 1831–1832, 1849 oraz 1873. Znaczące żniwo zbierała również ospa, występująca w metrykach zarówno pod polską nazwą, jak i łacińskimi określeniami variola oraz variolis. Największa epidemia tej choroby wystąpiła w 1873 roku. Często pojawia się również tyfus, który pochłonął ponad sto odnotowanych ofiar, a także grypa, szczególnie widoczna podczas pandemii hiszpanki w latach 1918–1920. Choć rzeczywista liczba ofiar była zapewne większa, gdyż nie we wszystkich wpisach zapisywano przyczynę śmierci, zachowane metryki pozwalają prześledzić wpływ kolejnych epidemii na życie mieszkańców parafii przez ponad sto lat.

Gdy chorowała cała rodzina

Analizując księgi zgonów można odnieść wrażenie, że największym dramatem dawnych epidemii nie była sama liczba ofiar, lecz szybkość, z jaką choroba potrafiła zniszczyć całe rodziny. W wielu przypadkach pod tym samym numerem domu w odstępie kilku dni umierało po kilka osób. Podczas epidemii cholery 25 sierpnia 1831 roku w domu nr 4 w Bieździadce zmarli tego samego dnia Ignacy Cieślik oraz jego żona Marianna. Jeszcze bardziej przejmujący jest zapis z domu nr 17 w Bieździadce, gdzie 2 maja 1847 roku ospa zabrała tego samego dnia Jakuba, Jana i Piotra Piątkowskich. Podobne tragedie powtarzały się również na początku XX wieku. W czerwcu 1915 roku w domu nr 10 w Lublicy zmarła Stefania Dziędzioł, a w ciągu kolejnych dziewięciu dni również jej dzieci: Franciszek i Maria. Takie wpisy pozwalają spojrzeć na dawne epidemie nie przez pryzmat statystyk, lecz losów konkretnych rodzin, których życie potrafiło załamać się w ciągu kilku dni.

Nietypowe przyczyny zgonów

Księgi zgonów pozwalają spojrzeć nie tylko na epidemie i najczęstsze choroby, ale również na pojedyncze ludzkie tragedie. Wśród tysięcy przeanalizowanych wpisów odnaleźć można wiele przyczyn śmierci, które nawet dziś zwracają uwagę. Pokazują one, jak niebezpieczne potrafiło być codzienne życie dawnych mieszkańców parafii.

Akt zgonu Józefa Gwiżdża z Bieździedzy. Przyczyna zgonu: „porażenie piorunem” (1934).

  • 5 sierpnia 1796 – Marcin Macek z Lublicy (12 lat) utonął w niewyjaśnionych okolicznościach.
  • 10 stycznia 1853 – Szymon Woliński (25 lat), żebrak z Nawsia Kołaczyckiego, zmarł wskutek zamarznięcia.
  • 28 kwietnia 1881 – Józef Buczyński z Łazów i Gór (18 lat) zginął wskutek uderzenia przez konia.
  • 20 września 1897 – Piotr Dubiel z Bieździadki (24 lata) został według księgi „zabity przez zbójów”.
  • 17 grudnia 1902 – Jan Fundakowski z Lublicy (70 lat) według księgi „zmarł w burzę śnieżną”.
  • 19 maja 1907 – Jan Perełka z Bieździadki (19 lat) zmarł nagle „pod wpływem alkoholu”.
  • 20 czerwca 1911 – Andrzej Ochałek z Bieździadki (62 lata) powiesił się w lesie „Wilcza Góra”.
  • 19 lutego 1920 – podczas walki w domu Jana Skocza w Lublicy zginęli Franciszek Skocz (18 lat) oraz Jan Szynal z Gogołowa (19 lat), określony w metryce jako „bandyta”.
  • 21 sierpnia 1925 – Maria Sienicka z Bieździedzy (62 lata) została zabita przez piorun.
  • 30 października 1929 – Władysław Skocz z Bieździedzy (29 lat) zginął po przygnieceniu przez belkę.
  • 31 sierpnia 1930 – Jan Szpak (65 lat) został potrącony przez samochód w Jaśle. Jest to jeden z najwcześniejszych odnalezionych przeze mnie przypadków śmierci związanej z motoryzacją.
  • 24 marca 1931 – Kazimierz Zapór z Lublicy (3 lata) zmarł po poparzeniu wapnem.
  • 28 października 1932 – Kacper Wilisowski z Sowiny (31 lat) został śmiertelnie poturbowany przez konia.
  • 12 sierpnia 1933 – Stanisław Dubiel z Bieździadki (27 lat, dom nr 113) został śmiertelnie postrzelony przez posterunkowego.
  • 13 lipca 1934 – Józef Gwiżdż z Bieździedzy (60 lat) zginął wskutek porażenia piorunem.
  • 15 lutego 1936 – Brygida Nowińska (około 70 lat), niewidoma żebraczka, zamarzła w śniegu.
  • 2 lipca 1944 – Katarzyna Wojtowicz z Bieździedzy (77 lat) zmarła po „przebiciu przez krowę”.

Akt zgonu Stanisława Dubiela z Bieździadki. Przyczyna zgonu: „postrzelony przez posterunkowego” (1933).

Podobnych wpisów odnaleźć można więcej. W księgach pojawiają się również ofiary działań wojennych, ostrzałów artyleryjskich, wybuchów granatów, postrzeleń oraz osób, które zamarzły podczas zimowych zamieci. Takie pojedyncze zapisy przypominają, że za każdą metryką kryje się osobna historia, często znacznie bardziej dramatyczna niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.

Jak żyli i pracowali?

Życie większości mieszkańców koncentrowało się wokół gospodarstwa rolnego, jednak metryki pokazują znacznie bardziej zróżnicowany obraz dawnej wsi. Obok rolników regularnie pojawiają się kowale, młynarze, murarze, cieśle, służba dworska czy gajowi. Informacje o zawodach zapisywano najczęściej w metrykach chrztu — przede wszystkim przy rodzicach chrzestnych, rzadziej przy ojcu dziecka lub innych członkach rodziny. Dzięki temu księgi metrykalne pozwalają dziś odtworzyć nie tylko genealogie rodzin, ale również społeczną strukturę dawnej parafii.

Kowale, młynarze i murarze

W realiach dawnej galicyjskiej wsi kowal należał do osób kluczowych dla funkcjonowania lokalnej społeczności. Naprawiał wozy, wykonywał okucia, reperował narzędzia rolnicze, podkuwał konie i przygotowywał metalowe elementy wykorzystywane w gospodarstwach.

W metrykach parafii Bieździedza zawód ten pojawia się regularnie przez cały XIX i początek XX wieku. Wśród kowali odnaleźć można między innymi Jana Miśkiewicza (1801–1861), Wojciecha Hendzla z Lublicy (1823–1873), Walentego Urbana (1837–1910) oraz przedstawicieli rodziny Łodzińskich.

W przypadku Łodzińskich można prześledzić wyjątkową ciągłość tradycji kowalskiej. Wawrzyniec Łodziński (1780–1829), jego syn Józef (1824–1891), wnuk Michał (1862–1926), a następnie prawnukowie Jan (1900–1941) i Kazimierz (1917–1997) wykonywali ten sam zawód przez kolejne pokolenia.

Znaczącą rolę odgrywali również młynarze. W księgach metrykalnych jako przedstawiciele tego zawodu pojawiają się między innymi Jakub Miętus i Józef Rayman. Młyn należał do najważniejszych elementów lokalnej gospodarki, będąc miejscem codziennych kontaktów mieszkańców oraz niezbędnym ogniwem w przetwarzaniu zboża.

Według rodzinnych wspomnień mojej babci Cecylii na jej ojca mawiano „Hendzel z Młynisk”. W pobliżu miejsca, gdzie obecnie stoi jej rodzinny dom, poniżej przysiółka Maciejoskówka w Bieździadce, miał dawniej funkcjonować młyn. Ks. Władysław Sarna wspomina w swojej publikacji o tartaku wodnym działającym na terenie miejscowości. Nie można wykluczyć, że chodziło o ten sam obiekt lub zespół zabudowań związanych z wykorzystaniem energii wodnej.

W metrykach regularnie pojawiają się także murarze. Wśród nich odnaleźć można między innymi Sebastiana Urbana (1814–1876), Marcina Gozdeckiego (1811–1855), Sebastiana Ochałka (1818–1898), Franciszka Liszkę (1837–1882), Józefa Muszyńskiego (1840–1908) oraz Jana Perełkę (1852–1918). Rozwój budownictwa murowanego w drugiej połowie XIX wieku sprawiał, że umiejętności murarskie były coraz bardziej poszukiwane, a osoby wykonujące ten zawód często pracowały nie tylko w rodzinnej miejscowości, lecz również w okolicznych wsiach i miasteczkach.

Inni rzemieślnicy: krawcy, szewcy i stelmachowie

Wbrew powszechnemu wyobrażeniu mieszkańcy parafii nie utrzymywali się wyłącznie z rolnictwa. Księgi metrykalne pokazują obecność licznych rzemieślników, których usługi były niezbędne dla funkcjonowania lokalnej społeczności. Wśród krawców odnotowany był Adolf Rylski (1819–1858). W metrykach pojawiają się również szewcy, wśród nich Józef Majowski, Walenty Musiał, Marcin Piotrowski (1821–1881) oraz Franciszek Ochałek z Gór (1853–1935).

Rzemiosło nie zanikło również po II wojnie światowej. Szewcami byli między innymi Józef Leśniak z Bieździedzy (1912–1972) oraz Tomasz Roś z Lublicy (1915–1983). Obaj byli spowinowaceni z rodziną Janasów. Z rodzinnych wspomnień zachował się obraz Tomasza, który oprócz pracy szewca posiadał ręczną maszynkę do strzyżenia włosów i regularnie strzygł chłopców z rodziny oraz sąsiedztwa.

Ważną grupę stanowili także stelmachowie zajmujący się budową i naprawą wozów konnych. Z relacji Stanisława Ochałka (ur. 1946) – brata mojego dziadka Józefa – wynika, że zarówno jego ojciec Jan Ochałek (1909–1988), jak i dziadek Józef Ochałek (1882–1955) „z Rzek” wykonywali ten zawód. Stanisław wspominał również swojego dziadka Józefa jako człowieka niezwykle sprawnego manualnie. Oprócz pracy stelmacha wyplatał z wikliny różnego rodzaju kosze, sprzęty gospodarskie i przyrządy używane przez mieszkańców okolicy. Umiejętności te były w czasach przed powszechną dostępnością wyrobów przemysłowych bardzo cenione i stanowiły ważne uzupełnienie dochodów wiejskich rodzin.

Dwór i jego ludzie. Służba kościelna

Osobną grupę mieszkańców stanowili ludzie związani z funkcjonowaniem miejscowych dworów. W metrykach regularnie pojawiają się słudzy dworscy, ekonomi, gajowi, kucharze, siodlarze czy woźnice. Mój przodek Wojciech Ochałek (1817–1893) został odnotowany jako sługa dworski kilkanaście razy, co pokazuje, że była to jego podstawowa forma zatrudnienia. W tej samej funkcji występują również Jakub Urban (1824–1888), Józef Hendzel (1841–1881) oraz Józef Mamroł (1825–1889).

Ruiny dawnego dworu Romerów w Bieździadce. Fot. Adrian Ochałek, 2023.

Dwór potrzebował nie tylko pracowników rolnych, ale także wykwalifikowanych rzemieślników i specjalistów. Funkcję ekonoma pełnił między innymi Wojciech Wojnarski. W metrykach odnajdujemy również kucharza dworskiego Pawła Sikorę (1802–1851), siodlarzy Antoniego Szeblo (1790–1831) oraz Antoniego Świstackiego (1808–1849), a także woźniców Michała Komisarza (1813–1858) i Jana Mamroła (1864–1917).

Kontakty pomiędzy mieszkańcami wsi a rodziną Romerów nie ograniczały się wyłącznie do spraw gospodarczych. Ślady tych relacji odnaleźć można również w księgach metrykalnych. Zdarzało się, że członkowie rodziny hrabiowskiej występowali jako rodzice chrzestni dzieci chłopskich. W 1845 roku chrzestnymi Andrzeja Cypriana Rosia, syna zagrodnika z Lublicy, byli hrabia Cyprian Romer oraz Józefa Romer. W 1847 roku hrabia Tomasz Romer i jego żona Balbina zostali rodzicami chrzestnymi Stanisława Antoniego Matysika z Bieździadki, a rok później Tomasz Romer i hrabina Apolonia uczestniczyli w chrzcie Tomasza Ochałka – mojego pra-pradziadka, syna Wojciecha sługi dworskiego z Lublicy. Już wcześniej, w 1828 roku, przy chrzcie Tekli Kulik z Bieździadki występowała hrabina Ewa Romerowa. Przykłady te pokazują, że pomiędzy dworem a mieszkańcami okolicznych wsi istniały również więzi o charakterze społecznym i symbolicznym.

Interesującą grupę stanowili również mieszkańcy pełniący funkcje związane z życiem parafii. W księgach wielokrotnie pojawiają się przedstawiciele rodziny Sypniów określani jako kościelni. Funkcję tę pełnili Antoni Sypień (1830–1877) oraz jego synowie Jan (1854–1938), Piotr (1862–1895) i Józef (1877–1946). Podobnie jak w przypadku wielu zawodów rzemieślniczych, również tutaj można dostrzec przekazywanie obowiązków pomiędzy kolejnymi pokoleniami tej samej rodziny. Do zadań kościelnego należała opieka nad świątynią, przygotowanie nabożeństw, dzwonienie na modlitwy oraz pomoc proboszczowi w codziennym funkcjonowaniu parafii. W realiach XIX-wiecznej wsi była to funkcja ciesząca się znacznym zaufaniem i poważaniem mieszkańców.

Nazwiska w regionie. Nasze rody

„Kręgosłup” lokalnej społeczności

Analiza metryk pokazuje, że przez ponad 200 lat trzon społeczności parafii tworzyło kilkanaście rodów obecnych w kilku miejscowościach jednocześnie. Do najbardziej licznych i trwałych należeli między innymi Ochałkowie, Hendzlowie, Kopciowie, Lechwarowie, Urbanowie, Sypniowie czy Mamrołowie. Nazwiska te pojawiają się w księgach niemal nieprzerwanie od końca XVIII wieku aż do współczesności.

Każda miejscowość posiadała jednak własny zestaw dominujących rodzin. W Bieździedzy wyróżniali się Urbanowie i Sypniowie, w Bieździadce Ochałkowie, Hendzlowie i Mamrołowie, w Lublicy Ochałkowie i Hendzlowie, natomiast w Sowinie Kopciowie, Lechwarowie oraz Stasiowscy. Część nazwisk występowała równocześnie w kilku wsiach, co dobrze pokazuje gęstą sieć pokrewieństw i małżeństw łączących mieszkańców całej parafii.

MiejscowośćNajliczniejsze rody
BieździedzaUrban, Sypień, Gwiżdż, Sienicki, Kowalski
BieździadkaOchałek, Hendzel, Mamroł, Kulig, Gozdecki
LublicaOchałek, Hendzel, Komisarz, Roś, Suchan
SowinaKopeć, Lechwar, Stasiowski, Zapor, Jachym

Najliczniejsze nazwiska odnotowane w księgach metrykalnych poszczególnych miejscowości parafii Bieździedza w latach 1784–1924. Szczegółowe zestawienie przedstawiają wykresy poniżej.

Najczęściej występujące nazwiska w Bieździedzy, Bieździadce, Lublicy i Sowinie na podstawie zapisów metrykalnych z lat 1784–1924. Opracowanie własne na podstawie ksiąg metrykalnych parafii Bieździedza.

Przydomki i rozróżnianie rodzin

W miejscowościach, gdzie jedno nazwisko nosiło wiele niespokrewnionych lub jedynie daleko spokrewnionych rodzin, zaczynano stosować dodatkowe określenia i przydomki. Pozwalały one szybko wskazać konkretną gałąź rodu, miejsce zamieszkania lub wyróżniającą cechę danej rodziny.

Przykładem mogą być Ochałkowie określani między innymi jako:

Wśród mieszkańców funkcjonowały między innymi następujące przydomki rodzinne:

Tomasik · Micek · Ochałeczek · Dzianik · Grzybek z Rzek · z Kółka · z Poręb · z Białej Ulicy · Burek · Drzyzga · Czarny · Pekaes · spod Blachy

Przydomki pełniły bardzo ważną funkcję praktyczną. Pozwalały odróżniać konkretne linie rodzinne, miejsca zamieszkania, a czasem również status społeczny lub wykonywany zawód. W wielu przypadkach funkcjonowały one w lokalnej tradycji równie silnie jak same nazwiska, a niektóre są pamiętane przez mieszkańców do dziś.

Napływ nowych nazwisk

Choć trzon społeczności pozostawał przez dziesięciolecia stosunkowo stabilny, księgi metrykalne pokazują również stopniowe pojawianie się nowych nazwisk. Najczęściej były to osoby przybywające z sąsiednich miejscowości w związku z małżeństwem, pracą na dworze lub zakupem gospodarstwa. Dzięki temu możliwe jest częściowe odtworzenie kierunków lokalnych migracji.

Bieździadka

  • Głód (1878),
  • Dymnicki (1895),
  • Miętus (1857).

Lublica

  • Bolek (1884),
  • Dunaj (1882),
  • Witalis (1898).

Bieździedza

  • Gajda (1881),
  • Bugała (1875),
  • Kuryj (1910).

Sowina

  • Adamczyk (1891),
  • Grela (1893),
  • Szaro (1891).

Większość nowych nazwisk nie zmieniła zasadniczo charakteru lokalnej społeczności, jednak część z nich z czasem na trwałe wpisała się w krajobraz parafii. Proces ten pokazuje, że nawet niewielkie galicyjskie wsie nie były społecznościami całkowicie zamkniętymi, lecz pozostawały w stałym kontakcie z okolicznymi miejscowościami.

Nazwiska, które zniknęły

Metryki pokazują również proces odwrotny — stopniowe zanikanie niektórych rodów. Przyczyn mogło być wiele: brak męskich potomków, migracje, epidemie, wojny, a także stopniowe zmiany pisowni nazwisk prowadzące do powstania nowych wariantów. Do nazwisk, które całkowicie zniknęły z lokalnych ksiąg, należą między innymi:

  • Widziszowski (1785–1847),
  • Rutka (1793–1828),
  • Góra (1789–1841),
  • Strzałkowski (1785–1832),
  • Burek (1785–1827),
  • Szeblo (1813–1830).

Nie oznacza to oczywiście, że wszyscy przedstawiciele tych rodzin wymarli. Część mogła wyemigrować do innych miejscowości, część przyjąć inną formę nazwiska, a część po prostu przestała pojawiać się w księgach parafii Bieździedza.

Ewolucja nazwisk

Osobnym i bardzo ciekawym zagadnieniem jest ewolucja pisowni nazwisk. W XVIII i XIX wieku nie istniała jeszcze jedna, sztywna forma zapisu. Księża zapisywali nazwiska fonetycznie, zgodnie z własną wymową, znajomością języka oraz lokalną tradycją. W efekcie ta sama rodzina mogła w kolejnych metrykach występować pod kilkoma różnymi wariantami nazwiska.

Bardzo dobrze widać to na przykładzie nazwiska Lechwar:

  • Lekwar (1784),
  • Lefkwar (1791),
  • Lefkar (1793),
  • Lefchwar (1795),
  • Lechfar (1805),
  • Lechwor (1813).

Podobne zmiany występowały również w innych rodzinach:

Hendzel

  • Hędzel (1784),
  • Henzel (1786),
  • Chędzel (1788),
  • Hęcel (1813).

Matysik

  • Matiasik (1796),
  • Matyasik (1799),
  • Matyiasik (1801),
  • Matisik (1813),
  • Mathysik (1852).

Często to właśnie ksiądz sporządzający metrykę chrztu lub ślubu dawał początek nowej wersji nazwiska. Zjawisko to szczególnie dobrze widoczne było przy rodzinach przybyłych spoza parafii, nazwiskach obco brzmiących oraz w okresach zmiany proboszcza lub wikarego. Nowy duchowny zapisywał nazwiska według własnej wymowy i przyzwyczajeń językowych.

W efekcie równolegle funkcjonowały bardzo podobne warianty nazwisk. Przykładami są pary Kaleta i Kalita, Szczerba i Szczyrba czy Krajowski i Krajewski. Niekiedy różne formy pojawiały się nawet przy kolejnych dzieciach tych samych rodziców. Dla współczesnego genealoga oznacza to konieczność śledzenia nie tylko jednej formy nazwiska, ale całej grupy jego historycznych odmian.

Z perspektywy ponad dwóch stuleci metryki pokazują więc nie tylko narodziny, śluby i zgony mieszkańców, ale również nieustanną ewolucję samych nazwisk. Jedne rody znikały, inne pojawiały się po raz pierwszy, a jeszcze inne pozostawały w parafii przez całe pokolenia, zmieniając jedynie sposób zapisu swojego nazwiska.

Jak nazywano dzieci

Imiona nadawane dzieciom należą do najciekawszych elementów zachowanych w księgach metrykalnych. Pokazują nie tylko religijność mieszkańców, ale również wpływ mody, edukacji, wydarzeń historycznych oraz kontaktów z innymi regionami. Choć przez ponad sto lat zdecydowanie dominowały Marianna i Jan, analiza kolejnych dekad pozwala zaobserwować stopniowe pojawianie się nowych imion oraz zmieniające się gusta mieszkańców parafii.

Najczęściej nadawane imiona żeńskie i męskie w parafii Bieździedza na podstawie ksiąg chrztów z lat 1784–1924. Opracowanie własne na podstawie ksiąg metrykalnych parafii Bieździedza.

Na pierwszy rzut oka zestawienia pokazują ogromną koncentrację wyborów wokół kilku najpopularniejszych imion. W całym analizowanym okresie niemal co czwarta dziewczynka otrzymywała imię Marianna lub Anna, natomiast wśród chłopców zdecydowanie dominowali Janowie i Józefowie. Oznacza to, że w wielu wsiach jednocześnie żyło po kilkunastu mieszkańców noszących dokładnie to samo imię, co dodatkowo zwiększało znaczenie przydomków i określeń rodzinnych używanych w codziennym życiu.

XVIII wiek – imiona patronalne i kalendarzowe

Pod koniec XVIII wieku dominowały przede wszystkim imiona o charakterze religijnym i patronalnym. Najczęściej spotykamy:

  • Jana,
  • Józefa,
  • Annę,
  • Katarzynę,
  • Wojciecha,
  • Teklę,
  • Apolonię.

Były to imiona świętych, często wybierane zgodnie z kalendarzem liturgicznym lub dniem narodzin dziecka. W wielu przypadkach decyzja o wyborze imienia należała bardziej do lokalnej tradycji i zwyczaju niż do indywidualnych preferencji rodziców.

Połowa XIX wieku – pierwsze „nowe brzmienia”

W połowie XIX wieku w księgach zaczynają pojawiać się imiona wcześniej praktycznie niespotykane:

  • Bronisława (1843),
  • Filomena (1843),
  • Brygida (1851),
  • Emilia (1859),
  • Henryk (1859),
  • Lucjan (1873).

Widać wyraźnie stopniowe odchodzenie od wyłącznie tradycyjnych imion kościelnych. Na wybory mieszkańców zaczynały wpływać moda, literatura, patriotyzm oraz coraz częstsze kontakty z miastami i światem poza własną parafią.

Początek XX wieku – większa różnorodność

Po 1900 roku widoczna staje się coraz większa różnorodność imion. Coraz częściej nadawano również drugie imię. W księgach pojawiają się:

  • Bolesław (1911),
  • Regina (1911),
  • Leokadia (1902),
  • Baltazar (1903).

Choć większość mieszkańców nadal wybierała tradycyjne imiona chrześcijańskie, początek XX wieku przyniósł wyraźne poszerzenie repertuaru. Coraz częściej spotykamy imiona wcześniej nieobecne w lokalnych księgach, a także przypadki nadawania dwóch imion. Widać wyraźnie, że wybory rodziców stawały się coraz bardziej indywidualne i mniej zależne od lokalnej tradycji czy kalendarza liturgicznego.

Imiona dzieci nieślubnych

Analiza 773 dzieci nieślubnych przyniosła jedno z najbardziej zaskakujących odkryć całego badania. Okazuje się, że niektóre imiona występowały w tej grupie zdecydowanie częściej, niż można byłoby oczekiwać na podstawie ich popularności w całej parafii.

Najbardziej charakterystycznym przykładem jest Rajmund. Spośród 26 odnotowanych osób noszących to imię aż 25 było dziećmi nieślubnymi. Podobnie wygląda sytuacja w przypadku Korduli (14 z 15 przypadków), Izydora (11 z 12) oraz Brygidy (41 z 52). Oznacza to, że odpowiednio 96%, 93%, 92% i 79% wszystkich osób noszących te imiona urodziło się poza małżeństwem.

Co więcej, zjawisko nie rozkłada się równomiernie w czasie. Szczególnie wyraźnie widoczne jest ono w drugiej połowie XIX wieku, zwłaszcza w latach 1866–1879. W tym okresie w księgach regularnie pojawiają się kolejne nieślubne Brygidy i Rajmundowie, podczas gdy wśród dzieci ślubnych imiona te pozostają rzadkie.

Trudno dziś jednoznacznie wyjaśnić przyczynę tego zjawiska. Możliwe, że był to element lokalnej tradycji, praktyka stosowana przez duchowieństwo podczas chrztów lub po prostu utrwalony społecznie zwyczaj funkcjonujący wśród mieszkańców parafii. Źródła nie pozwalają rozstrzygnąć tej kwestii, jednak skala zjawiska jest na tyle duża, że trudno uznać ją za przypadkową.

Wśród dzieci nieślubnych spotykamy również szereg bardzo rzadkich imion, praktycznie nieobecnych w pozostałej części populacji. W metrykach pojawiają się między innymi Barnaba, Beno, Baltazar, Bruno, Damazy, Egidiusz, Petroniusz, Polikarp, Prakseda czy Protazy. Dla wielu z nich są to pojedyncze wystąpienia w całym ponad 140-letnim materiale źródłowym.

Jest to jedno z tych zjawisk, które trudno dostrzec podczas przeglądania pojedynczych metryk. Dopiero analiza tysięcy zapisów ujawnia wzorce ukryte w danych i pozwala dostrzec społeczne mechanizmy funkcjonujące w dawnej galicyjskiej wsi.

Na przełomie XIX i XX wieku

Lublica po zniesieniu pańszczyzny

Cennym uzupełnieniem akt regulacyjnych są materiały katastralne sporządzone dla Lublicy około połowy XIX wieku. Zachowała się zarówno szczegółowa mapa katastralna z 1850 roku, jak i opis granic gminy sporządzony przez urzędników katastralnych. Dokumenty te powstały w okresie bezpośrednio poprzedzającym lub następującym po uwłaszczeniu chłopów i pozwalają spojrzeć na wieś nie tylko przez pryzmat metryk, lecz również własności ziemskiej i układu przestrzennego.

Mapa przedstawia rozmieszczenie domów, pól, łąk, lasów i dróg, natomiast opis granic zawiera informacje o właścicielach gruntów położonych przy granicach Lublicy. Wśród wymienionych nazwisk odnaleźć można przedstawicieli rodów Ochałków, Hendzlów, Komisarzów, Suchoniów, Wronów czy Rosiów. Są to te same rodziny, które występują w księgach metrykalnych oraz aktach regulacyjnych z lat pięćdziesiątych XIX wieku.

Szczególnie interesujących informacji dostarczają akta regulacyjne sporządzone 3 marca 1852 roku przez właściciela dóbr, hrabiego Tomasza Romera. Dokument przypomina, że jeszcze przed uwłaszczeniem w Lublicy funkcjonowało 6 gospodarstw kmiecych oraz 28 gospodarstw zagrodniczych. Wymieniono również powinności ciążące na mieszkańcach wobec dworu, obejmujące daniny w ziarnie, jajach i drobiu oraz obowiązek odrabiania pańszczyzny.

Najbardziej wartościową częścią dokumentu jest jednak szczegółowy wykaz gospodarzy wraz z numerami domów i powierzchnią użytkowanych gruntów. Pozwala on uchwycić strukturę społeczną wsi zaledwie kilka lat po zniesieniu pańszczyzny oraz wskazać, które rodziny należały do najzamożniejszych mieszkańców Lublicy.

Mapa katastralna Lublicy z XIX wieku

Mapa katastralna Lublicy z 1850 roku. Widoczny układ zabudowy, pól uprawnych, dróg oraz granic gruntów należących do mieszkańców wsi. Źródło: Archiwum Państwowe w Przemyślu, Archiwum Geodezyjne, sygn. 56/126/0/-/0930M, „Dorf Lublica in Galizien Jasloer Kreis” (1850).

Według dokumentu w Lublicy znajdowało się 6 gospodarstw kmiecych oraz 28 zagrodniczych. Każdy kmieć zobowiązany był do odrabiania rocznie 156 dni pańszczyzny sprzężajnej, dostarczania owsa, chmielu, kapłonów i jaj oraz wykonywania przędzy z materiału dostarczonego przez dwór. Zagrodnicy odrabiali po 156 dni pańszczyzny pieszej, natomiast chałupnicy i komornicy po 12 dni robocizny rocznie.

Najważniejsze obserwacje:
  • W Lublicy znajdowało się 6 gospodarstw kmiecych oraz 28 zagrodniczych.
  • Największy areał posiadał Michał Komisarz (43 morgi 997 sążni).
  • Połowa gospodarstw kmiecych należała do rodziny Ochałków (3 z 6).
  • Najliczniej reprezentowanym rodem wśród zagrodników byli Hendzlowie (6 gospodarstw).
  • Powierzchnia gospodarstw kmiecych była kilkukrotnie większa od areału większości zagrodników.

Wykaz mieszkańców Lublicy z 1852 roku
Poniższa lista jest rozwijana. Zawiera gospodarzy wymienionych w wykazie powinności poddańczych: osobno kmieci oraz zagrodników, określanych w dokumencie także jako „pieszaki”.

Rozwiń listę kmieci i zagrodników z Lublicy według wykazu z 1852 roku

Kmiecie

Nr domuGospodarzPowierzchnia
25Piotr Ochałek30 mórg 913 sążni
27Jan Matysik41 mórg 246 sążni
28Jan Ochałek35 mórg 1233 sążni
29Jan Ochałek38 mórg 256 sążni
30Piotr Sochacki37 mórg 135 sążni
31Michał Komisarz43 mórg 997 sążni

Zagrodnicy, czyli pieszaki

Nr domuGospodarzPowierzchnia
1Mateusz Suchoń4 morgi 707 sążni
2Jan Roś6 mórg 390 sążni
3Józef Wrona6 mórg 188 sążni
5Jan Wrona8 mórg 746 sążni
6Walenty Komisarz4 morgi 620 sążni
7Wojciech Hencel5 mórg 1039 sążni
8Wojciech Hendzel7 mórg 881 sążni
9Wojciech Liszka9 mórg 710 sążni
10Franz Hendzel4 morgi 1336 sążni
11Walenty Caban7 mórg 1009 sążni
12Michał Fundakowski6 mórg 462 sążni
13Michał Suchoń4 morgi 1410 sążni
14Jakób Tokarz5 mórg 502 sążni
15Wojciech Wrona5 mórg 692 sążni
17Anton Hendzel5 mórg 916 sążni
18Johann Betley5 mórg 31 sążni
19Józef Tokarz7 mórg 1336 sążni
20Piotr Ochałek5 mórg 900 sążni
21Józef Hendzel3 morgi 1015 sążni
22Jakób Kulik6 mórg 1134 sążni
23Józef Spiecha6 mórg 803 sążni
24Jan Ochałek5 mórg 376 sążni
32Jakób Roś3 morgi 514 sążni
33Jan Rozniadowski5 mórg 1593 sążni
34Jan Matysik6 mórg 1545 sążni
35Maciej Szczyrba5 mórg 1297 sążni
36Jędrzej Hendzel6 mórg 836 sążni
37Józef Hendzel5 mórg 1575 sążni

Dokument pokazuje również znaczne zróżnicowanie majątkowe mieszkańców. Wśród sześciu kmieci znajdowało się aż trzech Ochałków, natomiast przedstawiciele tego samego rodu występowali również w grupie zagrodników. Dla współczesnego czytelnika warto dodać, że jedna morga galicyjska (1600 sążni) odpowiadała około 0,58 hektara. Oznacza to, że gospodarstwa kmiece w Lublicy liczyły od około 18 do 25 hektarów, podczas gdy większość zagrodników posiadała od 2 do 5 hektarów ziemi. Różnice majątkowe były więc znaczne. Największe gospodarstwo należące do Michała Komisarza obejmowało w przeliczeniu ponad 25 hektarów, natomiast najmniejsze gospodarstwa zagrodnicze miały niewiele ponad 2 hektary. Dokument pokazuje, że już w połowie XIX wieku mieszkańcy tej samej wsi, a niekiedy nawet przedstawiciele tego samego rodu, dysponowali bardzo różnym majątkiem i zajmowali odmienną pozycję społeczną.

Pierwsza szkoła dla kilku wsi

W połowie XIX wieku mieszkańcy Bieździedzy, Bieździadki, Lublicy i Sowiny podjęli wspólną decyzję o budowie szkoły. W 1858 roku zobowiązali się wystawić budynek szkolny, wyposażyć go oraz utrzymywać nauczyciela. Nie obyło się jednak bez sporów. Mieszkańcy Sowiny od początku sprzeciwiali się przedsięwzięciu, argumentując, że ich dzieci ze względu na odległość i zły stan dróg nie będą mogły regularnie uczęszczać do szkoły w Bieździedzy. Konflikt zakończył się wieloletnim procesem sądowym między wsiami.

Pierwszy budynek szkolny oddano do użytku w 1860 roku. Była to niewielka chałupa kryta strzechą i gontem, mieszcząca jedną salę lekcyjną dla około 60 uczniów oraz skromne mieszkanie nauczyciela. Wraz ze wzrostem liczby dzieci szkoła szybko okazała się zbyt mała, dlatego pod koniec XIX wieku rozpoczęto budowę nowego obiektu, ukończonego w 1896 roku. W tym samym roku oddano do użytku szkołę w Lublicy.

Stanisław Ochałek i sprawa o obrazę Franciszka Kopcia

Jednym z ciekawszych źródeł ukazujących codzienne relacje pomiędzy mieszkańcami okolicznych wsi są akta C.K. Sądu Obwodowego w Jaśle z 1908 roku, dotyczące sporu pomiędzy Stanisławem Ochałkiem z Lublicy a Franciszkiem Kopciem z Sowiny. W aktach odnotowano, że obaj mężczyźni mieli wówczas po 45 lat. Porównanie tych danych z księgami metrykalnymi pozwala z dużym prawdopodobieństwem zidentyfikować uczestników zdarzenia jako Stanisława Ochałka (1863–1940), syna Macieja Ochałka i Apolonii z domu Mamroł, oraz Franciszka Kopcia (1863–1941), syna Jana Kopcia i Tekli z domu Kopeć. Do zdarzenia doszło 19 kwietnia 1908 roku podczas jutrzni w kościele w Bieździedzy. Z powodu dużego tłoku część wiernych stała w przedsionku świątyni, a wejście do kościoła było utrudnione.

Fragment zeznań Franciszka Kopcia z Sowiny złożonych przed C.K. Sądem Obwodowym w Jaśle w 1908 roku. Źródło: Archiwum Narodowe w Krakowie.

Według zeznań Franciszka Kopcia, próbując dostać się do środka, kilkukrotnie napierał na drzwi blokowane przez stojących w przedsionku ludzi. Wówczas Stanisław Ochałek miał zwrócić się do niego podniesionym głosem słowami:

„Ośle, myślisz żeś to w Sowinie, tu chcesz udawać zucha”.

Według zeznań Franciszka Kopcia

Kopeć uznał te słowa za publiczną obrazę swojego honoru i skierował sprawę do sądu.

Ochałek przedstawił jednak odmienną wersję wydarzeń. Zeznał, że stojąc w zatłoczonym przedsionku, był wielokrotnie potrącany przez napierające drzwi, ponieważ Kopeć nie ustępował miejsca osobom wchodzącym do kościoła. Twierdził, że zwrócił mu jedynie uwagę:

„Tu nie jest karczma w Sowinie, żeby się nie rozpychał”.

Według zeznań Stanisława Ochałka

Zaprzeczał przy tym użyciu obraźliwych określeń.

Kluczowy świadek zdarzenia, Józef Gozdecki z Bieździadki, potwierdził jedynie, że usłyszał słowa:

„… myślisz żeś to w Sowinie”.

Zeznanie Józefa Gozdeckiego

Nie słyszał jednak dalszej części rozmowy, gdyż — jak sam zeznał — modlił się. W aktach zapisano, że miał wówczas 46 lat, co pozwala z dużym prawdopodobieństwem zidentyfikować go jako Józefa Gozdeckiego (1862–1918), syna Antoniego Gozdeckiego i Marianny z domu Wrona. Dodał również, że zajście trwało bardzo krótko, nie wzbudziło większego zainteresowania obecnych i nie wywołało zgorszenia wśród zgromadzonych wiernych.

Ta drobna sprawa sądowa dobrze pokazuje realia życia lokalnej społeczności. W zatłoczonym kościele spotykali się mieszkańcy kilku wsi, a codzienne napięcia, sąsiedzkie uprzedzenia i poczucie honoru mogły prowadzić nawet do postępowania sądowego. Dla współczesnego badacza podobne akta są wyjątkowo cenne, ponieważ pokazują język, emocje i zwykłe sytuacje, których nie znajdziemy w suchych metrykach urodzeń, ślubów i zgonów.

Symbole patriotyzmu

Zachował się interesujący dokument z 1912 roku świadczący o wysokiej świadomości narodowej mieszkańców Lublicy. W liście skierowanym do producenta bibułek papierosowych „Pobudka” mieszkańcy deklarowali bojkot wyrobów zagranicznych i wspieranie krajowej produkcji.

List mieszkańców Lublicy do producenta bibułek papierosowych „Pobudka”, datowany 7 lutego 1912 roku i opublikowany w „Noworoczniku” na rok 1913. Źródło: Śląska Biblioteka Cyfrowa.

Autorzy listu dziękowali za otrzymany „Noworocznik” oraz informowali, że we wsi świadomie wybierane są polskie wyroby. Pisali, że mieszkańcy nie chcą już używać zagranicznych bibułek papierosowych i domagają się wyłącznie „Pobudki”, traktując to jako formę wspierania krajowej produkcji.

Pod pismem podpisali się przedstawiciele wielu znanych rodzin lublickich, m.in. Ochałkowie, Hędzlowie, Matysikowie, Janasowie, Suchanowie i Krajewscy. Dokument stanowi rzadkie świadectwo codziennego patriotyzmu gospodarczego mieszkańców regionu na kilka lat przed odzyskaniem niepodległości.

List ten pokazuje również bardziej przyziemny wymiar codzienności mieszkańców początku XX wieku. Sam fakt prowadzenia dyskusji o wyborze bibułek papierosowych wskazuje, że palenie tytoniu było wśród dorosłych mężczyzn zjawiskiem powszechnym. Autor pisma zaznacza wprawdzie, że sam nie pali, jednak podkreśla jednocześnie, iż mieszkańcy wsi zgodnie domagają się wyłącznie bibułek „Pobudka”. Dzięki temu dokument stanowi nie tylko świadectwo patriotyzmu gospodarczego, ale także rzadki zapis codziennych nawyków i zainteresowań mieszkańców galicyjskiej wsi na początku XX wieku.

Emigracja do Ameryki

Pod koniec XIX i na początku XX wieku tysiące mieszkańców Galicji opuszczało rodzinne wsie i wyruszało za ocean w poszukiwaniu pracy oraz lepszego życia. Emigracja do Stanów Zjednoczonych stała się jednym z najważniejszych doświadczeń całego pokolenia. Dla wielu rodzin wyjazd oznaczał rozłąkę trwającą całe życie.

Anna Mamroł z domu Kulig

Osoba przedstawiona na fotografii to Anna Mamroł z domu Kulig. Zdjęcie wykonano już pod koniec jej życia — w czerwcu 1958 roku w Filadelfii.

Anna urodziła się 5 października 1876 roku w Bieździadce jako najstarsza córka Andrzeja Kuliga i Wiktorii Stasiowskiej.

W 1899 roku poślubiła Piotra Mamroła. Wkrótce po ślubie Piotr — podobnie jak tysiące innych mieszkańców Galicji — wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Około 1904 roku Anna również zdecydowała się na emigrację, aby dołączyć do męża.

W Bieździadce Anna zostawiła pod opieką dziadków swoje dwie małe córki: Stanisławę oraz moją prababkę Wiktorię.

Rodzina została rozdzielona na zawsze. Anna już nigdy nie wróciła do Polski. Takie historie były w tamtym czasie niezwykle częste. Emigracja miała być początkowo wyjazdem „na kilka lat”, jednak dla wielu mieszkańców Galicji kończyła się trwałym pozostaniem w Ameryce.

Nowe życie w Ameryce

W Stanach Zjednoczonych Anna urodziła jeszcze troje dzieci. Jedna z jej córek — Władysława, znana później jako Lottie McDowell — przez całe życie utrzymywała kontakt z rodziną pozostającą w Polsce. Znała język polski i przez wiele lat prowadziła korespondencję z krewnymi z Bieździadki i Lublicy.

Tego typu fotografie, wraz z drobnymi upominkami, przesyłane były w korespondencji wymienianej między krewnymi w latach 50. i 60. XX wieku. Dla rodzin rozdzielonych emigracją stanowiły często jedyny sposób zobaczenia bliskich, których nie było już szans spotkać osobiście.

Władysława „Lottie” McDowell zmarła w 1989 roku. Udało mi się ustalić jej dalszych potomków, choć jeszcze nie udało mi się nawiązać z nimi skutecznego kontaktu.

Listy przez ocean

Fragment rodzinnej korespondencji przesyłanej między Ameryką a Bieździadką. Listy zawierały informacje o rodzinie oraz codziennym życiu po obu stronach oceanu.

Rodzinna korespondencja zachowała się do dziś. Listy zawierają opisy codziennego życia, informacje o dzieciach, zdrowiu, pracy, a nawet wspomnienia o grzybach rosnących w bieździadeckich lasach. Pokazują, że emigracja nie oznaczała całkowitego zerwania więzi z rodzinną wsią.

Między Polską a Ameryką kursowały fotografie, listy, pieniądze, lekarstwa, zdobione chusty oraz suszone grzyby. Dla rodzin rozdzielonych oceanem były to konkretne znaki pamięci i wzajemnej troski.

W jednym z listów z 4 grudnia 1959 roku zapisano:

„Droga siostro i cała twoja miła rodzino. Piszę do was ostatni raz w 59-tym roku. Może 60 rok będzie lepszy, żebym do was częściej napisała…”

W dalszej części listu pojawia się bardzo ciekawy obraz codzienności amerykańskiego życia:

„Tu ludzie mają farmy i kawałek pola, gdzie dzieci mogą się bawić. Każdy musi mieć maszynę, czyli auto, bo daleko do sklepów i roboty. W mieście dymy z fabryk i powietrze nie jest dobre na płuca. Ja też na to cierpię – gdzie ja mieszkam, to fabryki są naokoło nas.”

Emigracja za ocean. Historia Jana Ochałka z Tomasików

Innym przykładem emigracji za ocean był Jan Ochałek (1882–1959) z Tomasików w Lublicy, najstarszy syn Tomasza Ochałka oraz starszy brat mojego pradziadka Władysława Ochałka. Dzięki zachowanym rodzinnym przekazom, fotografiom i kontaktowi z jego potomkami w Stanach Zjednoczonych możliwe było odtworzenie znacznej części jego niezwykłych losów.

Jan wyemigrował do Stanów Zjednoczonych w 1903 roku. Początkowo osiedlił się w okolicach Pittsburgha w Pensylwanii, gdzie pracował jako górnik w kopalni węgla. Według rodzinnych przekazów miał skromne wykształcenie, ale samodzielnie nauczył się czytać po polsku, a później także po angielsku. Przez większość życia miał czytać średnio jedną książkę tygodniowo.

W Pensylwanii poznał Ewę Fugiel z Bączala Dolnego. Ich historia miała burzliwy początek. Jan był już wcześniej zaręczony, jednak po przyjeździe Ewy sytuacja się zmieniła. Młodzi, bez zgody rodziny, wyjechali do Detroit i w 1909 roku pobrali się w polskiej parafii Sweetest Heart of Mary.

Po przeprowadzce do Detroit Jan pracował w fabryce Cadillaca, a później także samodzielnie, posiadając własny samochód ciężarowy. Ostatecznie zamieszkał z rodziną w Hamtramck, mieście silnie związanym z polską emigracją. Zbudował tam własny dom przy Poland Street, wzorowany na domu rodzinnym pozostawionym w Polsce.

W rodzinnych wspomnieniach zachował się jako człowiek niezwykle zaradny i wszechstronny. Potrafił naprawić niemal wszystko, wykonywał własne narzędzia, a po przeczytaniu książki o budowie skrzypiec zaczął samodzielnie je wytwarzać. Nauczył się też grać na skrzypcach, gitarze i fortepianie oraz komponował własne utwory taneczne. W jego domu odbywały się spotkania muzyczne i potańcówki dla miejscowej Polonii.

Duże znaczenie miały dla niego książki i edukacja. Czytał dzieciom polską literaturę, między innymi utwory Henryka Sienkiewicza, Adama Mickiewicza i Juliusza Słowackiego. Ta pasja do czytania i nauki została przekazana następnym pokoleniom. Wśród jego potomków znaleźli się później ludzie wykształceni, w tym profesorowie uniwersyteccy.

Historia Jana Ochałka ma również dla mnie osobisty wymiar. Na podstawie zapisów amerykańskich dokumentów od dłuższego czasu podejrzewałem, że Jan mógł być bratem mojego pradziadka Władysława Ochałka i synem Tomasza Ochałka z Lublicy. Przełom nastąpił po nawiązaniu kontaktu z jego potomkami w Stanach Zjednoczonych. Zachowane rodzinne przekazy, fotografie oraz wspólna analiza materiałów genealogicznych pozwoliły ostatecznie potwierdzić te przypuszczenia.

Szczególnym symbolem tego odkrycia okazało się stare zdjęcie mojego pradziadka Władysława, które ponad sto lat temu trafiło do Stanów Zjednoczonych. Pod zdjęciem umieszczono jedynie krótki podpis: „Grandpa’s brother”. Kolejne pokolenia wiedziały więc, że fotografia przedstawia jednego z braci Jana Ochałka, który pozostał w Polsce, jednak jego imię i dalsze losy z czasem uległy zapomnieniu. Dopiero współczesne badania genealogiczne oraz nawiązanie kontaktu pomiędzy potomkami obu gałęzi rodziny pozwoliły ustalić, że był to Władysław Franciszek Ochałek (1896-1951). Po ponad wieku fotografia wróciła do swojej historii, a rozdzielone przez emigrację rodziny ponownie odnalazły wspólne korzenie.

Ślady emigracji w archiwach

Mąż Anny — Piotr Mamroł, występujący w Stanach Zjednoczonych jako Peter Mamroł — zmarł w 1934 roku w Filadelfii i został tam pochowany. Udało mi się odnaleźć również fotografię nagrobka rodziny Mamrołów. Anna przeżyła męża o niemal trzydzieści lat i zmarła w 1962 roku.

Historie takie jak ta można dziś częściowo odtworzyć dzięki zachowanym archiwom emigracyjnym. Jednym z najważniejszych źródeł pozostają archiwa Ellis Island, gdzie zachowały się listy pasażerów przybywających do Stanów Zjednoczonych. Niezwykle pomocne bywają również amerykańskie spisy powszechne, rejestry ubezpieczeń społecznych (SSDI), nekrologi, dokumenty wojskowe, roczniki szkolne oraz lokalne gazety.

Duża część tych materiałów jest obecnie dostępna online, co pozwala po ponad stu latach odtwarzać losy rodzin rozdzielonych przez emigrację. Poszukiwania nie zawsze są jednak proste. Urzędnicy amerykańscy, niemieccy czy austriaccy zapisywali nazwy miejscowości oraz nazwiska najczęściej fonetycznie, według własnego słuchu i języka. W efekcie Bieździadka występuje między innymi jako Biesdziatke lub Bizdzialla, Lublica jako Lublitza, a Bieździedza jako Biescieca. Bez znajomości takich wariantów wiele dokumentów emigracyjnych pozostałoby dziś praktycznie niemożliwych do odnalezienia.

I wojna światowa

Dla mieszkańców galicyjskich wsi I wojna światowa nie była odległym konfliktem znanym jedynie z gazet i oficjalnych komunikatów. Front wielokrotnie przechodził przez okolice Bieździedzy. Mężczyźni trafiali do armii austro-węgierskiej, ginęli na frontach, odnosili rany lub trafiali do niewoli. Ci, którzy pozostawali na miejscu, również doświadczali wojny bezpośrednio — poprzez ostrzały artyleryjskie, przemarsze wojsk, głód i nieustanne poczucie zagrożenia.

Stanisław Hendzel i powrót z wojny

Mężczyzna widoczny na fotografii to mój pradziadek, Stanisław Hendzel. Urodził się 5 maja 1897 roku w Bieździadce pod numerem 126 jako najmłodsze, szóste dziecko Piotra Hendzla i Wiktorii z Matysików, wcześniej wdowy po Wojciechu Janasie.

Podobnie jak wielu młodych mieszkańców Galicji został powołany do armii austro-węgierskiej i uczestniczył w działaniach wojennych podczas I wojny światowej. Według rodzinnych przekazów trafił na południe monarchii, prawdopodobnie na teren dzisiejszych Węgier.

W rodzinie przez lata powtarzano opowieść, że po zakończeniu wojny wracał do domu pieszo wraz z grupą innych żołnierzy. Droga z Węgier do rodzinnej Bieździadki miała zająć około tygodnia.

Historia ta nie była wówczas niczym niezwykłym. Upadek monarchii austro-węgierskiej, zniszczona infrastruktura oraz chaos pierwszych miesięcy po wojnie sprawiały, że tysiące żołnierzy wracało do swoich rodzin na własną rękę, często pokonując setki kilometrów pieszo.

Władysław Ochałek i wiedeński szpital

Drugim z moich pradziadków był wspomniany już wcześniej Władysław Franciszek Ochałek z „Tomasików”, urodzony 24 maja 1896 roku w Lublicy. Dzięki współczesnym badaniom genealogicznym udało się nie tylko odtworzyć jego losy, ale również zidentyfikować fotografię, która przez ponad sto lat pozostawała anonimowa w rodzinnych zbiorach emigrantów w Stanach Zjednoczonych. W rodzinie od zawsze funkcjonowała także opowieść, że został ranny podczas I wojny światowej i trafił do szpitala w Wiedniu. Według rodzinnych przekazów odwiedziła go tam matka — Magdalena z domu Skocz. Władysław miał rozpoznać ją z daleka po charakterystycznej chuście noszonej na głowie.

Władysław Franciszek Ochałek (1896–1951). Fotografia zachowana w rodzinie jego brata Jana Ochałka, który wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Przez ponad sto lat funkcjonowała jedynie pod podpisem „Grandpa’s brother”.

Co szczególnie interesujące, historia ta znajduje potwierdzenie w zachowanych dokumentach wojskowych.

W rejestrze rannych zachował się wpis:

  • Offizier/Mannschaft: Mannschaft
  • Charge: LstInfst.
  • Truppenkörper: k. k. LstIR Nr. 32, zugeteilt dem IR Nr. 55
  • Unterabteilung: 16. Komp.
  • Land: Galizien
  • Heimatort: Lublica
  • Geburtsjahr: 1896
  • Status: verw.

Oznacza to, że Władysław Ochałek, urodzony w 1896 roku w Lublicy, służył jako piechur Landsturmu i został odnotowany jako ranny (verwundet). Rodzinna opowieść o pobycie w wiedeńskim szpitalu okazuje się więc mieć bardzo solidne podstawy źródłowe.

Mieszkańcy regionu na wojnie

Według danych z rejestru des.genealogy.net dla badanego rejonu odnotowano ponad 100 osób związanych z działaniami wojennymi, w tym 59 rannych, 16 poległych i 30 jeńców wojennych. Są to jedynie osoby odnalezione w zachowanych rejestrach. Faktyczna liczba mieszkańców dotkniętych wojną była zapewne większa.

Wojna nie dotyczyła wyłącznie żołnierzy wysyłanych na front. Działania wojenne bezpośrednio dotykały również ludność cywilną. Z rodzinnych opowieści zachowała się pamięć o szczególnie ciężkich walkach w rejonie „Kaliny”. Moja babcia wielokrotnie wspominała, że podczas ostrzału artyleryjskiego zginęła siostra jej matki — Marianna Perełka. Również tę historię potwierdzają księgi metrykalne. Marianna Perełka zmarła 7 maja 1915 roku, mając zaledwie 18 lat. W księdze zgonów zapisano jako przyczynę śmierci: „w trakcie ostrzału w Bieździadce”.

I wojna światowa odcisnęła swoje piętno nie tylko na żołnierzach walczących na froncie. Ślady działań wojennych odnajduję również w księgach zgonów parafii Bieździedza. Pomiędzy setkami zwyczajnych wpisów pojawiają się adnotacje o mieszkańcach, którzy zginęli wskutek ostrzału artyleryjskiego lub wybuchów granatów:

  • Jan Jabłoński, rolnik z Bieździadki, mąż Wiktorii z Komisarzów, lat 60 — zmarł 7 maja 1915 roku podczas ostrzału artyleryjskiego.
  • Wincenty Sapecki, cieśla z Bieździedzy, mąż Julianny z Kowalskich, lat 52 — zmarł 12 maja 1915 roku wskutek obrażeń głowy po wybuchu granatu.
  • Stanisław Dymnicki z Bieździadki, lat 22 — zmarł 11 czerwca 1918 roku po ranieniu granatem w brzuch.

Są to jedynie pojedyncze odnalezione przykłady. Pokazują jednak, że wojna nie była dla mieszkańców odległym wydarzeniem rozgrywającym się gdzieś na froncie. Wkraczała bezpośrednio do wsi i gospodarstw, zabierając zarówno młodych mężczyzn, jak i starszych mieszkańców, którzy nigdy nie założyli munduru.

Fragment księgi zgonów Bieździadki (USC Kołaczyce) zawierający wpis dotyczący Jana Jabłońskiego i Marianny Perełki z Bieździadki, którzy zginęli podczas ostrzału artyleryjskiego w 1915 roku.

W zachowanych rejestrach wojskowych udało mi się odnaleźć również nazwiska mieszkańców regionu, którzy polegli podczas I wojny światowej. W dokumentach wojskowych ich nazwiska często zapisywano w formie zniemczonej lub fonetycznej.

  • Johann Dubiel (1873–1916), Bieździadka
  • Stanislaus Janas (1894–1917), Lublica
  • Franz Karaś (1874–1917), Sieklówka
  • Stanislaus Krajewski (1893–1915), Bieździadka
  • Franz Maziarz (?-1915), Sieklówka Górna
  • Peter Maziarz (1878–1917), Bieździedza
  • Josef Niklewicz (1877–1917), Sowina
  • Adalbert Ochałek (1896–1915), Lublica
  • Josef Piątkowski (1894–1917), Bieździadka
  • Peter Skocz (1898–1917), Sowina
  • Anton Stasiowski (1896–1916), Sowina
  • Wojciech Szaframec (1893–1915), Sowina
  • Josef Szczerba (1895–1917), Bieździadka
  • Franz Szczerba (1893–1916), Lublica
  • Michael Szikora (1896–1915), Bieździadka
  • Josef Urban (1898–1917), Bieździedza
  • Josef Wiliszowski (1894–1915), Sowina

W zestawieniu dominują bardzo młodzi mężczyźni urodzeni w latach 1893–1898. Wielu z nich miało zaledwie 18–24 lata w chwili śmierci. Dla wielu rodzin wojna oznaczała utratę synów, braci i przyszłych gospodarzy.

Okres międzywojenny

Szabla spod strzechy

Historia reaktywacji Ochotniczej Straży Pożarnej w Lublicy wiąże się z losami kilku pokoleń jednej z miejscowych rodzin. Jej początki prowadzą do Antoniego Ochałka (1828–1915), gospodarza z Lublicy i fundatora przydrożnej kapliczki wzniesionej w 1912 roku. Zachowany do dziś napis „Wdzięczna rodzina Ochałków” przypomina o jego miejscu w lokalnej społeczności oraz pamięci, jaką pozostawił po sobie wśród najbliższych.

Kapliczka ufundowana w 1912 roku przez Antoniego Ochałka (1828–1915) w przysiółku Wisyny w Lublicy. Na elewacji zachowała się tablica fundacyjna z napisem „Wdzięczna rodzina Ochałków 1912”. Fot. Adrian Ochałek.

Jego syn, Stanisław Ochałek (1867–1916), należał do grona najbardziej aktywnych mieszkańców wsi. W latach 1910–1914 pełnił funkcję naczelnika Ochotniczej Straży Pożarnej w Lublicy. Po wybuchu I wojny światowej został wcielony do armii austro-węgierskiej. Walczył m.in. podczas walk w Karpatach i kampanii gorlickiej. W 1915 roku odniósł ciężkie rany, a po pobycie w szpitalu polowym został przewieziony do Krakowa, gdzie zmarł na początku 1916 roku.

Przed wyjazdem na front Stanisław ukrył pod strzechą swojego domu na Wisynach strażacką szablę. Pamiątka przeleżała tam niemal dziesięć lat. Około 1924 roku została odnaleziona przez jego syna Franciszka Ochałka (1895–1955), podczas porządków na strychu i remontu słomianego dachu.

Według lokalnej tradycji właśnie to odkrycie stało się impulsem do podjęcia działań na rzecz odtworzenia nieistniejącej już wówczas jednostki straży pożarnej. Pod koniec 1925 roku wójt gminy Lublica, Wawrzyniec Kozioł, zwołał zebranie wiejskie, podczas którego podjęto decyzję o reaktywacji OSP. Już rok później do organizacji należało ponad dwudziestu ochotników.

Wśród założycieli znaleźli się między innymi Franciszek Ochałek, Tomasz Ochałek, Jan Ochałek, Wojciech Ochałek, Adam Kulig oraz Wawrzyniec Kozioł. Franciszek został wybrany pierwszym naczelnikiem odrodzonej jednostki i pełnił tę funkcję do 1932 roku. W kolejnych dekadach funkcję naczelników sprawowali również Jan Ochałek oraz Wojciech Ochałek.

Historia ta pokazuje, jak silnie życie społeczne dawnych mieszkańców opierało się na pamięci o poprzednich pokoleniach. W tym przypadku fundowana przez ojca kapliczka, wojenne losy syna i odnaleziona po latach szabla stały się częścią opowieści, która doprowadziła do odrodzenia jednej z najważniejszych organizacji społecznych w Lublicy.

Kosynierzy – żywa tradycja

Jednym z najbardziej charakterystycznych elementów lokalnej tradycji są Kosynierzy z Bieździedzy. Choć ich współczesny wygląd nawiązuje do kosynierów Tadeusza Kościuszki, historia oddziału jest znacznie bardziej złożona. Według badań Mateusza Lechwara tradycja ta wyrosła z działalności dawnej Straży Grobowej oraz funkcjonującej przy parafii Gwardii Kozaków Stefana Batorego. W obecnej formie oddział został odnowiony w 1893 roku z inicjatywy proboszcza ks. Stanisława Boczara, właściciela dóbr Stefana Romera oraz mieszkańców Michała Wójcika i Jana Mazura.

Pierwszym komendantem odnowionego oddziału został Michał Wójcik z Bieździadki, natomiast funkcję chorążego powierzono Janowi Mazurowi. W kolejnych latach oddziałem kierowali m.in. Stanisław Kozioł, Józef Urban, Jan Młodecki, Piotr Urban, Andrzej Grzebieniowski, Stefan Skocz, Bogdan Lechwar oraz Bartłomiej Ochałek. Dzięki zaangażowaniu kolejnych pokoleń mieszkańców udało się zachować ciągłość tej wyjątkowej tradycji mimo dwóch wojen światowych i licznych zmian społecznych.

Szczególnie silnie kosynierze związani są z obchodami Wielkanocy. Od zakończenia liturgii Wielkiego Piątku obejmują wartę przy Grobie Pańskim, pełniąc służbę nieprzerwanie aż do rezurekcji. W Wielką Sobotę przed kościołem rozbrzmiewają komendy wojskowe, a trębacz odgrywa hejnał kosynierski. Dla wielu mieszkańców Bieździedzy, Bieździadki, Lublicy i Sowiny widok kosynierów stojących na straży Grobu Pańskiego stanowi jedno z najbardziej charakterystycznych wspomnień związanych ze świętami wielkanocnymi.

Na pamiątkę dziewiętnastu mieszkańców Bieździedzy, którzy według lokalnej tradycji mieli walczyć pod Racławicami, wokół kościoła parafialnego zasadzono dziewiętnaście lip. Część z tych drzew rośnie do dziś, stanowiąc materialny ślad pamięci o wydarzeniach, które przez ponad sto lat kształtowały lokalną tożsamość i patriotyczne wychowanie kolejnych pokoleń mieszkańców.

Opracowano na podstawie: Mateusz Lechwar, „Oddział Kosynierów z Bieździedzy – powstanie i działalność”, Roczniki Teologiczne, t. LXVI, z. 4, 2019.

Deklaracja Podziwu i Przyjaźni dla Stanów Zjednoczonych

Wśród materiałów związanych z emigracją zachowały się również niezwykle ciekawe dokumenty z 1926 roku — karty podpisów dzieci ze szkół w Lublicy i Bieździedzy przygotowane w ramach Deklaracji Podziwu i Przyjaźni dla Stanów Zjednoczonych.

Akcja została zorganizowana z okazji 150. rocznicy ogłoszenia niepodległości Stanów Zjednoczonych. Uczniowie i nauczyciele z całej Polski przygotowywali specjalne księgi zawierające swoje podpisy jako wyraz sympatii i wdzięczności wobec Ameryki. Na zachowanych kartach można dziś odnaleźć podpisy mieszkańców regionu sprzed stu lat — w tym również podpis mojej prababci – Heleny Hendzel z Lublicy.

Karty podpisów uczniów szkoły w Lublicy przygotowane w 1926 roku w ramach „Deklaracji Podziwu i Przyjaźni dla Stanów Zjednoczonych”. Źródło: projekt „Polska 1926”.

II wojna światowa

II wojna światowa pozostawiła w lokalnej społeczności jeszcze głębsze ślady niż poprzedni konflikt. Dla mieszkańców parafii wojna oznaczała roboty przymusowe, wysiedlenia, śmierć bliskich, głód i terror okupacyjny. Skutki wojny nie zakończyły się wraz z rokiem 1945. Jeszcze przez wiele lat po ustaniu walk mieszkańcy ginęli od min, niewybuchów i pozostawionej w lasach amunicji. W odtworzeniu wydarzeń z tego okresu szczególnie pomocne okazały się materiały zgromadzone przez Jakuba Musiała w pracy poświęconej dziejom gminy Kołaczyce pod okupacją niemiecką, zawierające wiele informacji o losach mieszkańców i wydarzeniach zachowanych jedynie w lokalnej pamięci.

Dalsze losy Władysława Ochałka

W 1921 roku Władysław Ochałek poślubił Juliannę Kurek z Lubli. Zamieszkali w Lublicy pod numerem 85 wraz z rodzicami Władysława – Tomaszem Ochałkiem oraz Magdaleną z domu Skocz. Z okazji ślubu Julianna otrzymała ozdobny kufer posagowy, który zachował się w rodzinie do dziś. Na obecnym etapie badań jest to jedyna znana pamiątka bezpośrednio związana z Julianną. Małżeństwo doczekało się siedmiorga dzieci. Jednym z nich był mój dziadek – Kazimierz Ochałek, urodzony w 1933 roku.

Kufer posagowy Julianny Kurek (1897–1939), zachowany w rodzinnym domu Ochałków w Lublicy. Według rodzinnych przekazów został wykonany z okazji jej ślubu z Władysławem Ochałkiem w 1921 roku. Jest to obecnie jedyna znana pamiątka bezpośrednio związana z Julianną.

W kwietniu 1939 roku, niedługo po świętach Wielkiej Nocy, Julianna zmarła w wieku zaledwie 39 lat. W akcie zgonu jako przyczynę śmierci zapisano puchlinę wodną. Według rodzinnych wspomnień od dłuższego czasu ciężko chorowała. Bliscy wspominali rozległe obrzęki ciała oraz liczne guzy widoczne na rękach. Mimo postępującej choroby przez długi czas pozostawała aktywna i pomagała w prowadzeniu domu oraz gospodarstwa.

W rodzinnych przekazach Julianna zapisała się jako kobieta wyjątkowej urody. Wspomnienia potomków podkreślają jej ciemne włosy oraz charakterystyczne rysy twarzy, które niektórzy odnajdują również u części jej córek i wnuczek.

Po jej śmierci Władysław pozostał sam z liczną rodziną i gospodarstwem. Kilka miesięcy później wybuchła wojna. W kolejnych latach został skierowany na roboty przymusowe do Niemiec. Informacje o jego pobycie w miejscowości Eitingen zachowały się w dokumentach przechowywanych obecnie w Arolsen Archives. Los Władysława nie był jednak wyjątkiem. Podobny los spotkał setki mieszkańców parafii.

Dokładna data powrotu Władysława do rodzinnej Lublicy nie jest obecnie znana. Wiadomo jednak, że po wojnie ponownie zamieszkał w rodzinnym domu pod numerem 85. W tym czasie gospodarstwem zajmował się już przede wszystkim jego zięć Stanisław Stasiowski (1915–1984). Jak wspominał po latach, teścia prowadzenie gospodarstwa nie interesowało już tak jak dawniej. Według rodzinnych przekazów Władysław najbardziej cenił sobie spokojne życie, dobre jedzenie oraz odwiedziny u kuzynów Ochałków „z Kółka”, do których często zaglądał.

Choć wojna odebrała Władysławowi kilka lat życia rodzinnego, po powrocie do Lublicy zdążył jeszcze uczestniczyć w wielu ważnych wydarzeniach swoich dzieci. Prawdopodobnie był obecny między innymi podczas ślubu córki Anny Ochałek (1930–1988) z Janem Urbanem (1922–1991). Doczekał się również wnuków. Jeden z nich, Jan Stasiowski (1946–2015), wspominał po latach, jak podczas zabawy trafił dziadka z procy w głowę. Pozornie błaha historia pozwala jednak stwierdzić, że Władysław był obecny w życiu rodziny jeszcze pod koniec lat czterdziestych i na początku pięćdziesiątych XX wieku. Dzięki takim wspomnieniom można dostrzec go nie tylko jako bohatera metryk i dokumentów, lecz również jako dziadka zapamiętanego przez kolejne pokolenie.

Akt zgonu Władysława Franciszka Ochałka, zmarłego 31 października 1951 roku w Lublicy. Zgon w Urzędzie Stanu Cywilnego w Kołaczycach zgłosił jego osiemnastoletni syn Kazimierz Ochałek. Na dokumencie zachował się jego własnoręczny podpis.

Władysław Franciszek Ochałek zmarł 31 października 1951 roku o godzinie 23:00 w swoim rodzinnym domu w Lublicy. Miał 55 lat. Zgon zgłosił w Urzędzie Stanu Cywilnego w Kołaczycach jego osiemnastoletni syn Kazimierz Ochałek — mój dziadek. Na karcie zgonu zachował się własnoręczny podpis Kazimierza. Jest to zarazem najstarszy podpis członka mojej najbliższej rodziny, jaki udało mi się dotychczas odnaleźć.

Roboty przymusowe

Jednym z najbardziej dotkliwych doświadczeń okupacji były roboty przymusowe w III Rzeszy. Według zachowanych źródeł tylko w 1942 roku z parafii Bieździedza wywieziono 312 osób. Wśród nich znajdowali się mieszkańcy Bieździedzy, Bieździadki, Lublicy i Sowiny. Wielu z nich było młodymi ludźmi, którzy zamiast zakładać rodziny lub przejmować gospodarstwa trafiali do niemieckich fabryk, gospodarstw rolnych i zakładów pracy. Nie wszyscy powrócili do swoich domów.

Wśród osób skierowanych na roboty przymusowe znajdował się również Władysław Ochałek z Lublicy. Pracował w miejscowości Eitingen. Informacje o jego pobycie zachowały się w dokumentach przechowywanych obecnie w Arolsen Archives – największym światowym archiwum dotyczącym ofiar nazizmu, pracy przymusowej i przesiedleń.

Fragment dokumentacji Arolsen Archives dotyczącej Władysława Ochałka z Lublicy (ur. 1896), wywiezionego podczas II wojny światowej na roboty przymusowe do Niemiec.

Zachowany dokument potwierdza zarówno miejsce pochodzenia Władysława, jak i jego pobyt na robotach przymusowych. W wykazach osób wywiezionych z Lublicy odnaleźć można również nazwiska innych członków rodzin Janasów i Ochałków. Podobne przykłady pojawiają się także w przekazach rodzinnych innych mieszkańców parafii. Zachowane źródła pokazują, że okupacyjny system pracy przymusowej objął znaczną część młodego pokolenia mieszkańców wsi i pozostawił ślady w pamięci wielu rodzin.

Przykłady losów mieszkańców parafii

Zachowane dokumenty oraz rodzinne wspomnienia pozwalają spojrzeć na roboty przymusowe nie tylko przez pryzmat statystyk, ale również losów konkretnych osób. Wśród mieszkańców parafii, których wojenne doświadczenia udało się częściowo odtworzyć, byli między innymi Józef Hendzel, Stanisława Janas oraz Bolesława Kozioł z domu Liber.

Józef Hendzel (1924–2008), brat mojej babci Cecylii, został wywieziony do Austrii. Według dokumentów zachowanych w zasobach Instytutu Pamięci Narodowej, Archiwum Akt Nowych oraz Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych od lutego 1941 do wiosny 1945 roku pracował przymusowo w gospodarstwie rolnym Josefa Hubera w miejscowości Flachau. Po zakończeniu wojny powrócił do rodzinnych stron i zamieszkał w Sieklówce. Wedle przekazów rodzina do której trafił do pracy traktowała go bardzo dobrze.

Stanisława Janas (1926–1943), starsza siostra mojej babci Heleny, nie miała tyle szczęścia. Została wywieziona na roboty przymusowe do III Rzeszy i zmarła podczas wojny. Według rodzinnych przekazów pracowała w majątku ziemskim, a przyczyną śmierci była choroba płuc. Do rodziny przesłano wówczas pismo sporządzone w języku niemieckim, opisujące okoliczności jej śmierci. W pamięci najbliższych pozostała jako osoba pogodna i pełna energii. Moja babcia wspominała między innymi, jak podczas wykopków starsza siostra dla żartu wsadziła ją do worka na ziemniaki, zarzuciła sobie na plecy i pobiegła przez pole, wywołując śmiech całej rodziny.

Podobne wspomnienia zachowały się również w innych rodzinach. Bolesława Kozioł z domu Liber (1923–1990) podczas wojny została skierowana do pracy u niemieckiego rolnika. Po latach wspominała przede wszystkim ciężką pracę przy ręcznym dojeniu dziewiętnastu krów. Jak opowiadała rodzinie, po całym dniu pracy często płakała z bólu i wyczerpania.

Takich historii były setki. Większość z nich nigdy nie trafiła do oficjalnych opracowań i zachowała się jedynie w rodzinnych wspomnieniach oraz pojedynczych dokumentach archiwalnych. Dopiero zestawienie obu tych źródeł pozwala dostrzec prawdziwą skalę wpływu wojny na życie mieszkańców parafii.

Pomoc ukrywającym się Żydom

Przed wojną ważną rolę w życiu gospodarczym okolicy odgrywali żydowscy kupcy i sklepikarze. Jeden z takich sklepów funkcjonował w Sowinie. Jego właścicielem był Abraham Joachim Krueger, znany mieszkańcom pod imieniem „Zysiek”. Dla wielu mieszkańców był sąsiadem i dobrze znaną postacią lokalnej społeczności.

W czasie okupacji mieszkańcy parafii byli świadkami zagłady swoich żydowskich sąsiadów. Wśród osób, które zdecydowały się nieść pomoc, byli Stanisław Kopeć (1912–1988) i jego żona Anna z domu Kulig (1913–1995) z Sowiny. W ich gospodarstwie od 1942 roku ukrywali się Abraham Krueger i jego syn Henryk. W pomoc rodzinie Kruegerów zaangażowani byli również inni mieszkańcy Sowiny, między innymi Frączkowie, Stasiowscy i Hendzlowie. Za swoje działania Anna i Stanisław Kopeć zostali po wojnie uhonorowani tytułem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.

W rodzinnych wspomnieniach zachowała się również historia Józefa Janasa z Lublicy. Według przekazywanej w rodzinie relacji pomagał on Żydom ukrywającym się w lesie na Czarnej, dostarczając im żywność. Po ich odnalezieniu i rozstrzelaniu przez Niemców miał bardzo to przeżyć. Dzieci zapamiętały, że długo płakał po śmierci ludzi, którym wcześniej pomagał.

Terror okupacyjny

Okupacja oznaczała dla mieszkańców nie tylko niedostatek i przymusową pracę, ale również ciągłe zagrożenie życia. W styczniu 1943 roku funkcjonariusze gestapo zastrzelili w Bieździedzy Annę Komisarz za odmowę wyjazdu na roboty przymusowe do Niemiec. Kilka tygodni później podczas łapanki przeprowadzonej w Bieździadce zatrzymano między innymi Stanisława Kaletę, Michała Urbana i Władysława Kuliga. Kaleta i Urban zostali deportowani do obozu Auschwitz, gdzie zginęli, natomiast Kulig zmarł podczas przesłuchania w więzieniu w Jaśle.

Ofiarami wojny padali również przypadkowi mieszkańcy. 20 sierpnia 1944 roku Józefa Cyrulik z Bieździadki została śmiertelnie postrzelona przez niemieckiego żołnierza. Towarzyszył jej wówczas ośmioletni syn Janek. Według zachowanej relacji jego imię było ostatnim słowem wypowiedzianym przez matkę.

Wysiedlenia i ucieczka mieszkańców

We wrześniu 1944 roku, gdy front zbliżał się do Wisłoki, niemieckie władze zarządziły ewakuację okolicznych miejscowości. Mieszkańcy Bieździedzy i Bieździadki otrzymali nakaz opuszczenia domów i skierowania się za Wisłokę, między innymi do Brzysk, Lipnicy, Bączala i Biecza.

Moja babcia Cecylia Ochałek, urodzona w 1937 roku, wspominała po latach, że mieszkańcy opuszczali swoje domy z niewielkim dobytkiem przewożonym na wozach ciągniętych przez krowy. Kolumny uchodźców kierowały się w stronę Biecza i Libuszy. Nikt nie wiedział, kiedy będzie można wrócić ani co zastanie po powrocie.

Przed wyjazdem mieszkańcy starali się ukryć najcenniejsze przedmioty, obawiając się grabieży lub zniszczenia. W rodzinie zachowało się wspomnienie dotyczące świętych obrazów, które rodzice mojej babci otrzymali na swój ślub od Franciszka Perełki, ojca panny młodej. Obrazy zostały schowane w ziemiance znajdującej się w porośniętej drzewami górce nieopodal domu.

Po powrocie do Bieździadki ktoś próbował przywłaszczyć sobie ukryte obrazy, jednak dziadkowie stanowczo się temu sprzeciwili. Przez kolejne dziesięciolecia wisiały one w dużej izbie rodzinnego domu. Dopiero podczas remontu przeprowadzanego w latach 70. zostały wyniesione na strych, gdzie przeleżały następne kilkadziesiąt lat.

Wojna widziana oczami dziecka

Wyjątkowym świadectwem wojennych przeżyć mieszkańców parafii jest zachowany zeszyt szkolny Mariana Hendzla (1933–2000). W wypracowaniu zatytułowanym „Kartka z pamiętnika”, napisanym 16 września 1947 roku, opisał on wydarzenia związane z przejściem frontu przez Bieździadkę i Lublicę w 1944 roku. Była to relacja spisana zaledwie dwa lata po zakończeniu wojny, przez chłopca, który sam przeżył opisywane wydarzenia.

Dwie strony wypracowania szkolnego „Kartka z pamiętnika”, napisanego przez Mariana Hendzla 16 września 1947 roku. Czternastoletni autor opisał w nim przejście frontu przez Bieździadkę i Lublicę w 1944 roku. Dokument zachowany w zbiorach rodzinnych.

„Jednego wieczoru zawrzała straszna ofensywa. Armaty, które stały w Bieździadce i w Lublicy biły bez przerwy, a pociski ruskie grały jak trzmiele. Wtenczas musieliśmy się chronić za górą. Przez całą noc musieliśmy siedzieć na polu. Słychać było strzały armat i karabinów maszynowych i niemiły zgrzyt czołgów. Dopiero nad ranem wszystku umilkło. Nie chce się wierzyć, tego co się przechodziło i do śmierci się tego nie zapomni.”

Wojenne formularze i reparacje

Po zakończeniu wojny mieszkańcy mogli zgłaszać poniesione straty oraz ubiegać się o odszkodowania. Dokumenty tego typu zachowały się w zasobach Archiwum Państwowego w Sanoku i stanowią cenne źródło do badań nad wojennymi losami mieszkańców regionu.

Wśród nich odnalazłem formularz wypełniony 18 sierpnia 1945 roku przez mojego pradziadka Józefa Janasa z Bieździadki. W dokumencie odnotowano śmierć jego córki Stanisławy podczas robót przymusowych w Grazu w Austrii oraz trwały uszczerbek na zdrowiu syna Stanisława, który został ranny w wyniku wybuchu miny.

Dokument sporządzono zaledwie kilka miesięcy po zakończeniu wojny. Zachował się na nim również własnoręczny podpis Józefa Janasa. Za urzędowymi rubrykami kryją się losy konkretnej rodziny oraz doświadczenia, które były udziałem wielu mieszkańców parafii.

Kwestionariusz strat wojennych sporządzony przez Józefa Janasa z Bieździadki 18 sierpnia 1945 roku. W dokumencie odnotowano śmierć córki Stanisławy podczas robót przymusowych w Grazu oraz obrażenia syna Stanisława odniesione wskutek wybuchu miny. Zachował się również własnoręczny podpis Józefa Janasa.

Wojna, która nie skończyła się w 1945 roku

Po zakończeniu działań wojennych mieszkańcy wracali do pracy na polach i w lasach. Okolica była jednak pełna niewybuchów, porzuconej amunicji i min pozostawionych przez wycofujące się armie. Dla wielu osób wojna nie skończyła się wraz z kapitulacją Niemiec. Życie wspomnianego wcześniej Józefa Janasa zakończyło się właśnie w taki sposób. Zginął 13 lipca 1946 roku w lesie w Lublicy wskutek wybuchu miny — już ponad rok po oficjalnym zakończeniu wojny, zaledwie dwa dni po narodzinach swojego najmłodszego syna Tomasza.

Szczególnie tragiczny okazał się okres bezpośrednio po wojnie. Miny, granaty i niewybuchy zalegały w lasach, na polach oraz przy drogach. Dla dzieci często były przedmiotem ciekawości, dla rolników śmiertelnym zagrożeniem podczas codziennej pracy. Jeszcze przez kilka lat po zakończeniu wojny dochodziło do kolejnych śmiertelnych wypadków.

Wojna zabijała jeszcze długo po tym, jak ucichły działa.

Wśród odnalezionych ofiar powojennych niemal połowę stanowiły dzieci i nastolatkowie. Najmłodsze miały zaledwie 7, 9 i 10 lat.

Poniższa lista obejmuje osoby, których zgony wskutek wybuchów min, granatów i niewybuchów udało mi się odnaleźć w zachowanych księgach metrykalnych z lat 1945–1947. Nie jest ona kompletna. Stanowi próbę udokumentowania i upamiętnienia mieszkańców regionu, którzy stracili życie już po zakończeniu wojny.

Dzieci i młodzież

  • Stanisław Rusztowicz, 7 lat, Nawsie Kołaczyckie – 1945
  • Władysław Rusztowicz, 9 lat, Nawsie Kołaczyckie – 1945
  • Julian Wiejowski, 10 lat, Nawsie Kołaczyckie – 1945
  • Andrzej Osowski, 10 lat, Kołaczyce – 1945
  • Jan Wójtowicz, 10 lat, Kołaczyce – 1945
  • Grzegorz Kosowski, 12 lat, Kołaczyce – 1945
  • Henryk Szmela, 12 lat, Lublica – 1945
  • Stanisław Hendzel, 13 lat, Bieździadka – 1947
  • Władysław Lejkowski, 14 lat, Sowina – 1945
  • Mieczysław Wiejowski, 14 lat, Nawsie Kołaczyckie – 1945
  • Władysław Liszka, 14 lat, Bieździadka – 1945
  • Józef Maziarz, 15 lat, Sieklówka – 1945
  • Jan Wilisowski, 15 lat, Bieździadka – 1945
  • Bronisław Winiarski, 16 lat, Sieklówka – 1945
  • Helena Baran, 16 lat, Lublica – 1945

Dorośli mieszkańcy

  • Mieczysław Gozdecki, 19 lat, Bieździadka – 1945
  • Eugeniusz Stasiowski, 20 lat, Bieździadka – 1945
  • Jan Jabłoński, 21 lat, Lublica – 1946
  • Józef Matysik, 23 lata, Bieździadka – 1945
  • Antoni Maziarz, 40 lat, Sieklówka – 1945
  • Stanisław Ostalecki, 40 lat, Sieklówka – 1945
  • Jan Ostalecki, 46 lat, Sieklówka – 1945
  • Józef Janas, 55 lat, Lublica – 1946
  • Jan Ostalecki, 77 lat, Sieklówka – 1945

Lista nie jest pełna i obejmuje jedynie osoby, których zgony udało mi się potwierdzić w zachowanych księgach metrykalnych. Każde z tych nazwisk oznacza osobną historię i rodzinę, dla której wojna nie zakończyła się w maju 1945 roku.

Okres po II wojnie światowej

Dwaj dziadkowie z Lublicy

Kazimierz Ochałek z „Tomasików” (1933–1973) po lewej oraz Józef Ochałek z „Grzybków z Rzek” (1936–1992) po prawej. Fotografie dowodowe zostały cyfrowo odtworzone, wyostrzone i pokolorowane na potrzeby opracowania.

Panowie widoczni na fotografiach to moi dwaj dziadkowie z Lublicy: Kazimierz Ochałek z „Tomasików”, urodzony w 1933 roku, oraz Józef Ochałek z „Grzybków z Rzek”, urodzony w 1936 roku. Obu łączyło nie tylko nazwisko i pochodzenie z tej samej miejscowości, ale również doświadczenie dzieciństwa spędzonego w realiach powojennej wsi.

W Archiwum Państwowym w Sanoku zachowały się ich arkusze ocen ze szkoły powszechnej w Lublicy z lat 40. XX wieku. To niepozorne dokumenty, które okazują się niezwykle ciekawym źródłem wiedzy o codziennym życiu mieszkańców regionu — pokazują drogę edukacyjną dzieci urodzonych jeszcze przed wojną, a dorastających już w zupełnie zmienionej powojennej rzeczywistości.

Droga do szkoły

Arkusze szkolne zawierają nie tylko datę i miejsce urodzenia, dane rodziców, czy przebieg nauki, ale również informacje o odległości od szkoły oraz sposobie pokonywania drogi.

Józef Ochałek codziennie pokonywał pieszo około dwóch kilometrów w jedną stronę. Jego rodzinny dom znajdował się na Rzekach Lublickich i należał do gałęzi Ochałków nazywanej przez mieszkańców „Grzybkami”. Kazimierz miał do szkoły znacznie bliżej — dom rodzinny Ochałków, stojący przy tzw. Łondyrodze, znajdował się tuż obok budynku szkoły. Dom ten istnieje do dziś. Na drewnianym tragarzu zachowała się wyryta data budowy: 1888 rok.

W czasach, gdy większość rodzin nie posiadała jeszcze rowerów, a tym bardziej samochodów, codzienna droga do szkoły odbywała się niezależnie od pogody wyłącznie pieszo.

Karty ocen Józefa Ochałka (po lewej) oraz Kazimierza Ochałka (po prawej) ze szkoły powszechnej w Lublicy. Zachowane dokumenty zawierają m.in. informacje o miejscu zamieszkania ucznia, odległości od szkoły oraz sposobie pokonywania codziennej drogi do nauki.

Zachowane arkusze ocen pokazują również różne życiowe drogi mieszkańców regionu. Józef był raczej dobrym uczniem, jednak zakończył naukę na poziomie V klasy. Z rodzinnych przekazów wiadomo, że brakujące klasy VI i VII ukończył już jako osoba dorosła, podczas pracy w Bieszczadach. Kazimierz nie przystąpił do V klasy. Była to sytuacja dość typowa dla tamtego pokolenia. Wielu mieszkańców wsi przerywało edukację z powodów finansowych, rodzinnych lub po prostu konieczności pracy w gospodarstwie.

Arkusz ocen Józefa Ochałka z lat 40. XX wieku. Dokument zawiera szczegółowe informacje o przebiegu nauki, frekwencji oraz wynikach osiąganych w kolejnych klasach szkoły powszechnej w Lublicy.

Dom Ochałków „Grzybków” na Rzekach

Rodzinny dom Józefa Ochałka (1936–1992) znajdował się pod numerem 5 na Rzekach Lublickich. Wcześniej mieszkali w nim jego dziadkowie — Józef Ochałek (1882–1955), z zawodu stelmach, oraz Brygida z domu Kluzowicz (1878–1937). Później gospodarstwo przejął ich syn Jan Ochałek (1909–1988), również stelmach, który zamieszkał tam wraz z żoną Heleną z domu Hendzel (1910–1991). W domu tym wychowywały się ich dzieci, wśród nich Józef.

Za miedzą znajdowało się gospodarstwo Fundakowskich. Także tę rodzinę łączyły z mieszkańcami domu nr 5 bliskie więzi. Julia Fundakowska z domu Ochałek (1905–1975) była siostrą Jana. Sąsiedztwo miało więc charakter nie tylko przestrzenny, ale również rodzinny — obie gałęzie pozostawały ze sobą w codziennym kontakcie.

Według rodzinnych wspomnień gospodarstwo należące do Józefa Ochałka było bardzo duże. Jego wnuk Stanisław Ochałek, urodzony w 1946 roku, zapamiętał rozciągające się wokół domu pola uprawne i rozległe sady. W rodzinie zachowała się również opowieść nestora Józefa o wiośnie, podczas której wyjątkowo silne przymrozki zniszczyły wszystkie pąki na drzewach i poważnie uszkodziły sad. Z wyciętych później drzew pozyskano podobno tyle drewna opałowego, że wystarczyło go na kilka zim.

Z biegiem lat dzieci Jana i Heleny kolejno opuszczały rodzinny dom. Część z nich wyjeżdżała najpierw do pracy w Bieszczadach, a później osiedlała się między innymi w Jaśle, Bieździadce i Łodzi. Mimo rozproszenia rodziny dom na Rzekach nadal pozostawał miejscem spotkań i odwiedzin. Córka Jadwiga Ochałek, późniejsza żona Józefa Dubiela, przyjeżdżała tam wraz z mężem samochodem — Škodą Octavią. W czasach, gdy prywatne samochody wciąż należały na wsi do rzadkości, jej pojawienie się przed rodzinnym domem musiało zwracać uwagę mieszkańców.

Na samochodzie widoczne są jasielskie tablice rejestracyjne z numerami KSJ 0465. Fotografia utrwaliła jeden z rodzinnych powrotów na Rzeki — do miejsca, z którego kolejni członkowie rodziny wyjeżdżali do pracy i rozpoczynali samodzielne życie.

Z Janem i Heleną pozostał w Lublicy ich wnuk Tadeusz Ochałek (1955–2019). Po śmierci Jana w 1988 roku, a następnie Heleny w 1991 roku, Tadeusz wyprowadził się z rodzinnego domu i założył własną rodzinę w Łaskach. Opuszczony budynek po pewnym czasie spłonął. Dziś na działce, na której przez kolejne pokolenia żyli Ochałkowie „Grzybki”, pozostały jedynie zarośla.

Szkoła oczami ucznia

Zachowane zeszyty szkolne Mariana Hendzla (1933–2000) pozwalają spojrzeć na powojenną edukację nie tylko przez pryzmat arkuszy ocen i szkolnych dokumentów, ale także oczami samego ucznia. We wrześniu 1947 roku Marian rozpoczął naukę w gimnazjum w Kołaczycach. W jednym z wypracowań podsumowywał wcześniejsze lata nauki w szkole powszechnej i opisywał własną drogę od pierwszych liter do lektur, wypracowań i gramatyki.

„Gdy miałem siedem lat rodzice posłali mię do szkoły. Nie umiałem czytać ani pisać, nie znałem liter, a nawet nie umiałem ołówka trzymać w ręce. Później stopniowo zaczynałem nabierać wiadomości. Gdy umiałem już dobrze czytać, czytałem książki z biblioteki szkolnej, które mię bardzo interesowały.”

W tym samym wypracowaniu wymieniał lektury omawiane w siódmej klasie, między innymi Grażynę, Bartka Zwycięzcę, Latarnika, Ojca zadżumionych, Krzyżaków i Placówkę. Wspominał również tematy szkolnych wypracowań: „Mój dom rodzinny”, „Moja wieś rodzinna”, „Dzień spółdzielczości”, „Święto 3-go maja”, „Pod zaborem austriackim” czy „Ptaszki w zimie”. Był to świat szkoły, w której obok nauki języka, literatury i gramatyki pojawiały się również tematy związane z życiem społecznym, historią oraz najbliższym otoczeniem ucznia.

„Jak zaznaczyłem na początku, że gdy poszedłem do klasy pierwszej nie umiałem nic, a teraz gdy skończyłem szkołę powszechną, zdobyłem wiele wiadomości i umysł mój został częściowo rozwinięty.”

Marian Hendzel z rodzicami — Stanisławem Hendzlem i Anną z domu Perełka. Fotografia wykonana prawdopodobnie podczas rodzinnej uroczystości w latach 60. lub 70. XX wieku. Zdjęcie zachowane w zbiorach rodzinnych.

Tydzień później, 23 września 1947 roku, Marian opisał pierwsze dni nauki w gimnazjum. Z jego relacji wyłania się obraz szkoły funkcjonującej już w realiach powojennej Polski, ale nadal zachowującej część dawnych zwyczajów. Rok szkolny rozpoczynał się nabożeństwem, po którym odbywał się poranek na szkolnym dziedzińcu. Uczniowie słuchali również radiowego przemówienia ministra oświaty, wybierali samorząd klasowy i poznawali działające w szkole organizacje.

„W pierwszy dzień byliśmy na nabożeństwie, później był poranek przed szkołą na dziedzińcu, a potem słuchaliśmy radia, przez które przemawiał pan Minister Oświaty. Gdy zaznajomiliśmy się ze swoimi kolegami, wybraliśmy sobie samorząd klasowy.”

W krótkim szkolnym wypracowaniu pojawia się także ciekawy obraz powojennego życia kulturalnego. Kilka dni po rozpoczęciu nauki do Kołaczyc przyjechało kino objazdowe, które w sali teatralnej wyświetliło film Biały Kieł. Dla uczniów z okolicznych wsi takie wydarzenia były ważnym kontaktem ze światem kultury i nowoczesnych środków przekazu.

Szkoła w Bieździedzy. Kursy specjalistyczne

Zachowane dokumenty pozwalają prześledzić niemal całe dorosłe życie Cecylii Hendzel, późniejszej żony Józefa Ochałka. Najstarszym z nich jest świadectwo ukończenia IV klasy szkoły powszechnej w Bieździedzy z 1947 roku. Budynek szkoły istnieje do dziś — obecnie mieści się tam sklep spożywczy. Nowy budynek oddano do użytku 31 sierpnia 1969 roku. Szkoła otrzymała imię Stanisława Matysika, pochodzącego z Bieździedzy działacza ludowego, który zginął w niemieckim obozie Auschwitz. Obiekt posiadał osiem sal lekcyjnych i salę gimnastyczną, znacząco poprawiając warunki nauki kolejnych pokoleń mieszkańców parafii.

Babcia wspominała szkołę bardzo dobrze i chętnie do niej chodziła. Jedynym przedmiotem, którego nie lubiła, była — z nieznanych dziś powodów — geografia.

Po ponad trzech dekadach od ukończenia szkoły podstawowej Cecylia podniosła swoje kwalifikacje zawodowe. W 1981 roku uzyskała tytuł rolnika wykwalifikowanego. Zachowane dokumenty pokazują więc drogę od uczennicy wiejskiej szkoły do doświadczonej gospodyni prowadzącej własne gospodarstwo.

Dokument potwierdzający uzyskanie przez Cecylię Ochałek tytułu rolnika wykwalifikowanego w 1981 roku.

Zmiany w życiu religijnym

Powojenne przemiany dotyczyły nie tylko edukacji, pracy i warunków życia, ale również sfery religijnej. W połowie lat sześćdziesiątych, w następstwie reform wprowadzonych po Soborze Watykańskim II, liturgia zaczęła stopniowo przechodzić z języka łacińskiego na język polski. Zmiany objęły także sposób sprawowania Mszy świętej oraz prowadzenie dokumentacji parafialnej. W zachowanych księgach małżeństw parafii Bieździedza od 1966 roku pojawiają się już wpisy sporządzane w języku polskim.

Dla wielu mieszkańców była to jedna z największych zmian obyczajowych, jakie zaszły w życiu parafii po wojnie. Moja babcia Cecylia Ochałek, osoba głęboko religijna, wspominała po latach, że wraz z odejściem od łacińskiej liturgii zniknęła część wyjątkowej atmosfery dawnych nabożeństw. W jej pamięci pozostał obraz kościoła pełnego śpiewów, modlitw i obrzędów, których nie zawsze rozumiała dosłownie, ale które tworzyły poczucie tajemnicy i sacrum. Podobne odczucia można było usłyszeć również od wielu przedstawicieli starszego pokolenia wychowanego jeszcze przed wojną.

Edukacja i awans społeczny

Jeszcze w pokoleniu urodzonym w latach trzydziestych i czterdziestych XX wieku kontynuowanie nauki po ukończeniu szkoły powszechnej należało na wsi do rzadkości. Dla wielu rodzin już samo ukończenie kilku klas stanowiło znaczące osiągnięcie. Pojedyncze osoby podejmowały jednak dalszą edukację w szkołach średnich, między innymi w Państwowym Gimnazjum i Liceum w Kołaczycach oraz szkołach średnich w Jaśle. Była to droga awansu społecznego, która jeszcze jedno pokolenie wcześniej pozostawała dla większości mieszkańców wsi praktycznie niedostępna.

Losy dzieci Stanisława Hendzla i Anny z domu Perełka dobrze pokazują przemiany społeczne zachodzące na podkarpackiej wsi po II wojnie światowej. Jeszcze jedno pokolenie wcześniej większość mieszkańców przez całe życie pozostawała w rodzinnej miejscowości i utrzymywała się z pracy na gospodarstwie. Tymczasem ich dzieci coraz częściej wybierały własne drogi.

Kazimierz Hendzel wyprowadził się do Zimnej Wody, gdzie założył rodzinę. Józef Hendzel przeniósł się do Sieklówki, skąd pochodziła jego żona. Stanisława wraz z mężem wybudowała w latach sześćdziesiątych dom na Kalinie, na działce należącej wcześniej do rodziny.

Szczególnie wyraźnym przykładem zmiany drogi życiowej był Marian Hendzel (1933–2000). Zachowane zeszyty szkolne pokazują go najpierw jako ucznia szkoły powszechnej w pierwszych latach po wojnie, a następnie młodego gimnazjalistę rozpoczynającego naukę w Kołaczycach. Już jako czternastolatek pisał o przeczytanych lekturach, szkolnych obowiązkach i własnych ambicjach edukacyjnych. Po ukończeniu liceum w Kołaczycach podjął studia mechaniczne w Częstochowie, co w tamtym czasie było wśród mieszkańców okolicznych wsi rzadkością. Po studiach związał swoją karierę zawodową z Zakładami Tworzyw Sztucznych Gamrat w Jaśle, gdzie w późniejszych latach pełnił funkcję głównego mechanika zakładu.

Nie wszyscy mogli jednak pozwolić sobie na realizację edukacyjnych ambicji. Cecylia Hendzel, mimo bardzo dobrych wyników w nauce, pozostała w rodzinnym gospodarstwie. W rodzinnych wspomnieniach powraca pytanie, które przez pokolenia pojawiało się w wielu wiejskich domach: kto przejmie ziemię i zajmie się rodzicami? Podobne dylematy często decydowały o przyszłości młodych ludzi bardziej niż ich szkolne osiągnięcia.

Mimo rozproszenia rodzina utrzymywała bliskie kontakty. Dzieci regularnie odwiedzały rodziców – Stanisława Hendzla i Annę Perełkę. Dla młodszych członków rodziny szczególnym wydarzeniem były przyjazdy „wujka Mariana z Jasła”, który początkowo posiadał Warszawę, a później Syrenę. Równie dużą atrakcją były wizyty Józefa Hendzla przyjeżdżającego z Sieklówki Wartburgiem. W czasach, gdy samochód na wsi nadal należał do rzadkości, takie wizyty budziły zainteresowanie sąsiadów i na długo pozostawały w pamięci rodziny.

W tym samym okresie coraz więcej mieszkańców opuszczało rodzinne gospodarstwa i przenosiło się do Jasła. Wielu z nich zamieniało domy na wsi na mieszkania w nowo powstających blokach. Zmiana ta oznaczała nie tylko przeprowadzkę, ale również przejście od życia opartego na gospodarstwie rolnym do pracy w zakładach przemysłowych, usługach lub administracji. Samochód, mieszkanie w mieście czy stanowisko kierownicze w zakładzie pracy stawały się dla wielu rodzin widocznym symbolem awansu społecznego.

Uczniowie szkoły podstawowej w Lublicy podczas zajęć lekcyjnych w latach 70. XX wieku. Wśród nich znajduje się również mój ojciec, Adam Ochałek. Fotografia ze zbiorów rodzinnych.

Kolejne pokolenie, urodzone w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku, coraz częściej podejmowało studia wyższe. Wśród młodych mieszkańców regionu popularnym kierunkiem edukacyjnych migracji był Kraków. W mojej rodzinie zarówno wujek, jak i mama ukończyli studia na Akademii Górniczo-Hutniczej. Pokazuje to, jak w ciągu zaledwie kilku dekad zmieniły się możliwości edukacyjne mieszkańców okolicznych wsi – od kilku klas szkoły powszechnej do wykształcenia wyższego zdobywanego na największych uczelniach w kraju.

Wojsko i pierwsza praca

Dzięki dokumentom z archiwum ZUS udało mi się odtworzyć dalsze losy zawodowe Józefa Ochałka. W latach 1956–1958 odbywał obowiązkową służbę wojskową (JW 3719/2060). W tym samym okresie pracował również w kopalni węgla. W 1959 roku poślubił Cecylię Hendzel.

Po ślubie Józef przez pewien czas pracował w Bieszczadach, gdzie był zatrudniony w Ośrodku Transportu Leśnego w Sanoku. Pracował przy torach i ukończył w Sanoku kurs torowego. W tym okresie przebywał z dala od żony i dziecka, jednocześnie uzupełniając wykształcenie i kończąc brakujące klasy. Cecylia pozostała w Bieździadce wraz z ich małym synem Stanisławem oraz swoimi rodzicami — Stanisławem Hendzlem i Anną z Perełków.

Józef nie był jednak w Bieszczadach zupełnie sam. Pracowali tam również jego ojciec Jan Ochałek oraz szwagier Leon Zapór. Z czasem zatrudnienie znaleźli tam także inni krewni i mieszkańcy rodzinnych stron. Jako pierwszy do pracy przyjął się Leon, a później ściągnęli za nim kolejni: właśnie Józef, brat Roman Ochałek, wujek Marian Hendzel z Kaliny, kuzyni Fundakowscy oraz wielu innych mieszkańców Lublicy.

Młodszy brat Józefa, również noszący imię Stanisław, urodzony w 1946 roku, tak wspominał pracę swojego ojca Jana oraz innych mieszkańców wsi:

Po śmierci dziadka Józefa tata robił kurs kolejowy w Krakowie i tam najpierw pracował. Potem przyjął się do pracy na kolei w Bieszczadach. Wyjeżdżał tam na dwutygodniówki i przywoził wypłatę. W tym czasie mama zajmowała się gospodarką. Jak przyjeżdżali robotnicy w pole, to ona tym wszystkim zarządzała.

Z tą pracą na kolei było tak, że pierwszy zatrudnił się tam szwagier Leon Zapór. Potem przyjął się mój tata Jan, brat Józek, brat Romek, wujek Marian Hendzel z Kaliny, Fundakowscy kuzyni. Ludzi z Lublicy było tam do pierona. Jeździli tam normalnie na kolejce, pracowali przy torach, robili torowiska. Leon, Józek i Romek byli torowymi, robili kursy w Sanoku. Kierownictwo ich tam potem porozdzielało, żeby razem nie pracowali. Ani tam tata dobrze nie zjadł, bo nie miał mu kto zrobić, ani zresztą nie zarobił.

Początkowo planowano, że Cecylia dołączy do męża, a młoda rodzina na stałe zwiąże swoją przyszłość z Bieszczadami. Ostatecznie jednak została poproszona przez rodziców o pozostanie w rodzinnej miejscowości. Była najmłodszym dzieckiem, a jej rodzeństwo zdążyło już założyć własne rodziny i opuścić dom rodzinny. Obawiając się samotności na gospodarstwie, rodzice namawiali córkę do pozostania w Bieździadce.

Józef zdecydował się wówczas wrócić do rodzinnych stron. Zrezygnował z pracy w Bieszczadach i podjął zatrudnienie w Zakładach Tworzyw Sztucznych Gamrat w Jaśle, z którymi pozostał związany przez wiele lat. Choć osiedlił się ponownie w Bieździadce, okres spędzony w Bieszczadach pozostał ważną częścią jego życia. Jeden z kolegów z pracy wspominał po latach: „Z Józefem pracowałem w latach osiemdziesiątych w Gamracie. Dużo opowiadał właśnie o Bieszczadach — trochę z książek jeszcze o bandach UPA, a trochę z własnego doświadczenia w lasach bieszczadzkich. Spoko gość”.

Fotografia wykonana podczas odwiedzin u Stanisławy Ochałek w Bieszczadach na początku lat 60. XX wieku, prawdopodobnie przy okazji chrztu jednego z jej dzieci. Widoczni są (od lewej): niezidentyfikowana osoba, Stanisława Ochałek, Cecylia Ochałek z domu Hendzel, Jadwiga Ochałek, Józef Ochałek, Tadeusz Ochałek oraz Helena Ochałek z domu Hendzel.

W 1963 roku wrócił w rodzinne strony — do Bieździadki. Przez większość życia pracował w zakładach Gamrat w Jaśle: w latach 1963–1974 jako mieszalnikowy, a od 1974 do 1990 roku jako walcownik. Równocześnie prowadził gospodarstwo rolne.

Taki model życia był charakterystyczny dla wielu mieszkańców regionu w okresie PRL. Praca w zakładzie przemysłowym łączyła się z utrzymywaniem gospodarstwa, które nadal stanowiło ważne źródło żywności i dodatkowych dochodów. W gospodarstwie Ochałków hodowano między innymi krowy, świnie, kury i króliki. Szczególnie nietypowa była hodowla nutrii, które do dziś pozostały w pamięci rodziny dzięki swoim charakterystycznym pomarańczowym zębom. Na polach uprawiano ziemniaki, zboże, kukurydzę, kapustę, buraki cukrowe oraz tytoń odmiany „bakon”, będący w tamtym czasie popularną uprawą w okolicznych wsiach.

Istotny wkład w utrzymanie rodziny miała również żona Kazimierza – Helena Ochałek z domu Janas. Była wykwalifikowaną krawcową. Oprócz prowadzenia domu i pracy w gospodarstwie wykonywała szycie na zlecenie, realizując zamówienia także dla przedsiębiorstw z Jasła. W domu znajdowała się duża maszyna do szycia, a w rodzinnych wspomnieniach zapisała się również jako osoba biegle posługująca się drutami dziewiarskimi.

Dokument z archiwum ZUS potwierdzający przebieg służby wojskowej oraz pierwszych miejsc zatrudnienia Józefa Ochałka w latach 1956–1958.

Od metryki do dowodu osobistego

Przez większą część tego opracowania dawni mieszkańcy pojawiają się przede wszystkim jako krótkie wpisy w księgach chrztów, ślubów i zgonów. Czasem zachowują się jednak dokumenty pozwalające spojrzeć na nich inaczej — już nie tylko jako na nazwiska w metrykach, ale jako na konkretne osoby, których twarz, podpis i podstawowe informacje przetrwały w rodzinnych pamiątkach.

W zachowanej metryczce ewidencyjnej Heleny Ochałek z domu Hendzel odnajdujemy informacje, których próżno szukać w księgach metrykalnych. Podaje ona nie tylko datę jej urodzenia — 14 lutego 1910 roku — oraz imiona rodziców, Stanisława Hendzla i Marianny z Hendzlów, ale również szczegóły dotyczące wyglądu i wykształcenia. Helena ukończyła sześć klas szkoły powszechnej, miała niebieskie oczy i była niskiego wzrostu. W metryczce zachowała się również bardzo wyraźna fotografia mojej prababci. Dzięki takim źródłom możemy zobaczyć dawnych mieszkańców jako konkretnych ludzi, a nie jedynie nazwiska i daty zapisane w księgach metrykalnych.

Helena była najstarszą córką Stanisława Hendzla (1880–1963) i Marianny z Hendzlów, należących do lublickiej gałęzi rodu nazywanej „Kowalikami”. Według rodzinnych przekazów przydomek ten wywodził się od Michała Hendzla (1834–1917), dziadka Heleny, który miał być kowalem. W miejscowości zamieszkiwanej przez wiele rodzin noszących to samo nazwisko podobne określenia pozwalały odróżniać poszczególne gałęzie rodu i z czasem przechodziły również na ich potomków.

W rodzinnej pamięci zachowała się informacja, że Stanisław Hendzel, ojciec Heleny, pełnił funkcję wójta w Lublicy. Przekaz ten znajduje pośrednie potwierdzenie w dokumentach sporządzonych w 1945 roku, zawierających wnioski mieszkańców Lublicy o odszkodowania za straty wojenne. Na wielu z nich widnieje podpis Stanisława Hendzla, który poświadczał deklaracje składane przez innych mieszkańców. Porównanie tych podpisów z jego własną deklaracją, zawierającą datę urodzenia i adres, pozwala potwierdzić, że chodziło o tę samą osobę. Choć w zachowanych dokumentach nie został wprost nazwany wójtem, częstotliwość, z jaką występował jako osoba poświadczająca cudze zeznania, wskazuje, że cieszył się zaufaniem mieszkańców i zajmował ważną pozycję w lokalnej społeczności.

Szczególnie interesująca jest rubryka dotycząca zawodu. Nie wpisano w niej żadnego konkretnego zajęcia, lecz jedynie określenie „przy mężu”. Sformułowanie to nie oddawało jednak rzeczywistej roli Heleny w życiu rodziny. Jak wynika z przytoczonych wcześniej wspomnień jej syna Stanisława, podczas wyjazdów Jana do pracy w Bieszczadach to właśnie Helena samodzielnie prowadziła gospodarstwo, wychowywała dzieci i kierowała pracą robotników przychodzących do pomocy w polu.

Urzędowe określenie „przy mężu” mówi zatem więcej o ówczesnym sposobie ewidencjonowania pracy kobiet niż o ich faktycznym miejscu w rodzinie. Helena nie była jedynie osobą pomagającą mężowi, lecz podczas jego dłuższych nieobecności przejmowała odpowiedzialność za funkcjonowanie całego gospodarstwa. Podobne obowiązki spoczywały na wielu kobietach wiejskich, choć ich praca rzadko znajdowała właściwe odzwierciedlenie w oficjalnych dokumentach.

Metryczka dowodowa Heleny Ochałek z domu Hendzel (1910–1991), urodzonej w Lublicy, córki Stanisława Hendzla i Marianny. Dokument pozyskany z AP Milanówek.

Tego typu pamiątki dobrze pokazują, jak zmienia się perspektywa badań genealogicznych. Osoba odnaleziona najpierw w księdze urodzeń z początku XX wieku po latach pojawia się już na fotografii, w dokumencie urzędowym, z własnym podpisem i miejscem zamieszkania. Dzięki temu historia przestaje być wyłącznie zapisem dat, a staje się opowieścią o konkretnych ludziach, którzy żyli, pracowali i tworzyli codzienność opisanych tu miejscowości.

Motocykl, praca w Gamracie i walka z chorobą

Kazimierz Ochałek pracował w jasielskim Gamracie, gdzie w latach 60. pełnił funkcję strażnika przy głównej bramie zakładu. Było to stanowisko wymagające dużej odpowiedzialności — strażnicy kontrolowali ruch osób i pojazdów, a podczas służby byli wyposażeni w broń długą, w tym karabiny systemu Mosina. Według wspomnień córki Krystyny Kazimierz był w zakładzie dobrze znany i lubiany. Jeszcze długo po przejściu na rentę dawni współpracownicy rozpoznawali go i zatrzymywali się, aby z nim porozmawiać.

Do pracy dojeżdżał motocyklem. Najpierw posiadał czarną WSK, a później prawdopodobnie Junaka, odkupionego od szwagra, Jana Janasa. Motocykl należał wówczas na wsi do rzadkości i był charakterystycznym elementem życia Kazimierza. Dzieci wspominały, że wracającego wieczorem z drugiej zmiany ojca można było rozpoznać już z daleka po świetle motocykla pojawiającym się na drodze prowadzącej do rodzinnego domu na Czarnej w Lublicy.

Kazimierz był wysokim, szczupłym mężczyzną o dużej sile fizycznej, wypracowanej podczas codziennej pracy w gospodarstwie. Jego syn Adam zapamiętał wyprawę „do Gąsiora” po pniaki przeznaczone na opał. Kazimierz połączył łańcuchem dwa duże sosnowe pniaki, zarzucił je sobie na ramiona — po jednym z każdej strony szyi — i ruszył z nimi do domu. Zatrzymywał się jedynie, aby odsapnąć, ale nie odkładał ciężaru na ziemię. Dla obserwujących go dzieci był to obraz niemal niewyobrażalnej siły.

Jednocześnie był człowiekiem muzykalnym. Dzieci wspominają, że kiedy ojciec dobrze się czuł, był pogodny, towarzyski, dowcipny i lubił przebywać z ludźmi. Miał piękny głos i śpiewał bez szczególnej okazji — podczas codziennych zajęć, wieczorami, a także przy usypianiu dzieci. W jego repertuarze znajdowały się między innymi piosenki „Na Podolu biały kamień”, „Miał ojciec córki trzy”, „Madagaskar”, „Tam za górą brama malowana” i „Wełtawo, rzeko błękitna”.

Głos Kazimierza został kiedyś utrwalony na magnetofonie szpulowym pożyczonym przez Helenę ze szkoły, w której pracowała. Już po śmierci ojca Barbara niespodziewanie usłyszała to nagranie podczas lekcji. „Leci muzyka, potem przerwa, szum — i nagle śpiewa tata” — wspominała. Pozostałe dzieci rozpoznały głos i zaczęły bić brawo. Barbara była dumna, ale wybiegła na korytarz i rozpłakała się. Taśma została później nadpisana i nie zachowała się do naszych czasów. Pozostała jedynie pamięć o jego głosie.

Przez znaczną część dorosłego życia Kazimierz cierpiał na poważne napady chorobowe o charakterze padaczkowym. W rodzinnej pamięci początek dolegliwości wiązano z przebytym wypadkiem motocyklowym, nie udało się jednak ustalić dokładnej kolejności zdarzeń ani potwierdzić medycznej przyczyny choroby. Zachowała się również opowieść o zdarzeniu, podczas którego dostał napadu już w czasie powrotu motocyklem z Gamratu. Jego teściowa Wiktoria Janas usłyszała zbliżający się silnik, a następnie nagłą ciszę. Wzięła lampę naftową i wybiegła przed dom, gdzie odnalazła Kazimierza przy przewróconym motocyklu, z którego wyciekało paliwo. Po tym wydarzeniu rodzina zabroniła mu jeżdzenia na motocyklu.

W najtrudniejszych okresach występowały po kilka, a według rodzinnych relacji nawet kilkanaście razy dziennie. Trwały zazwyczaj około trzech lub czterech minut. Kazimierza skręcało w konwulsjach albo jego ciało nagle całkowicie sztywniało; zdarzały się również krótsze okresy nieobecności, nazywane przez rodzinę „zawieszeniem”. Po ataku był wyczerpany i zdezorientowany, często nie pamiętał, co się wydarzyło, a następnie zapadał w głęboki sen. Dzieci chodziły wtedy po domu cicho albo wychodziły na pole, aby ojciec mógł odpocząć.

Napady mogły wystąpić podczas pracy, jazdy rowerem, przy ogniu i wodzie, a także podczas opieki nad dziećmi. Jedno z najmocniej zapamiętanych zdarzeń rozegrało się w stajni, gdzie Kazimierza odnaleziono podczas ataku pomiędzy dwiema spłoszonymi krowami. Innym razem zanurzył rękę aż po łokieć w gorącej wodzie, a obecna przy nim córka z powodu silnego skurczu nie była w stanie jej wyciągnąć. Zdarzyło się również, że dostał napadu, trzymając małego Adama, i wypuścił dziecko z rąk. Podobne sytuacje sprawiały, że domownicy żyli w ciągłym napięciu, nie wiedząc, gdzie i kiedy nastąpi kolejny atak.

Kazimierz Ochałek (1933–1973) podczas służby w straży przemysłowej ZTS Gamrat w Jaśle, lata 60. XX wieku, oraz Helena Ochałek z domu Janas (1935–2022), która po śmierci męża samotnie wychowała sześcioro dzieci, łącząc pracę zawodową z prowadzeniem gospodarstwa rolnego.

Z powodu pogarszającego się stanu zdrowia Kazimierz musiał zrezygnować z pracy zawodowej i przejść na rentę. W okresach lepszego samopoczucia nadal jednak pracował w gospodarstwie, zajmował się dziećmi, przygotowywał posiłki i piekł chleb. Dzieci wspominały później, że „przy nim nigdy głodne nie były”. Helena dostosowała do choroby męża również własną pracę. Zaczęła pracować po południu, aby rano przebywać z nim w domu, a później opiekę przejmowały wracające ze szkoły dzieci. Rodzinę wspierali także krewni i sąsiedzi, którzy zaglądali do domu i sprawdzali, czy nie wydarzyło się coś złego.

Rodzina przez lata szukała dla Kazimierza skutecznej pomocy. Córka Krystyna towarzyszyła ojcu podczas wizyt u lekarzy w Jaśle i Rzeszowie, między innymi u neurologów i psychiatrów. Zapamiętała liczne leki oraz wyjątkowo ciężkie badanie, podczas którego — jak opowiadała — „wdmuchiwano powietrze do czaszki”. Opis ten może wskazywać na stosowaną wówczas pneumoencefalografię, inwazyjną metodę diagnostyczną poprzedzającą upowszechnienie tomografii komputerowej. Bez zachowanej dokumentacji medycznej nie można jednak jednoznacznie ustalić, jakiemu dokładnie badaniu został poddany. Krystyna pamiętała przede wszystkim, że po podobnych zabiegach wracał bardzo osłabiony.

Gdy leczenie prowadzone przez lekarzy nie przynosiło oczekiwanych rezultatów, Kazimierz jeździł rowerem do zielarza w Budziwoju, stanowiącym dziś część Rzeszowa. Wyruszał około czwartej rano, a wracał niekiedy dopiero w nocy. Przywoził stamtąd ziołowe mieszanki i nalewki, prawdopodobnie przygotowywane między innymi z dodatkiem chmielu. Podczas jednej z wypraw dostał napadu i rozbił przewożone butelki. Do domu powrócił po kilku dniach, potłuczony i ze szkłem wbitym w nogę. Po tym wydarzeniu Helena sprzeciwiała się jego dalszym wyjazdom.

O skali podejmowanych starań świadczy zachowana korespondencja rodzinna. Helena zwróciła się do krewnych w Stanach Zjednoczonych z prośbą o zdobycie preparatów niedostępnych w Polsce. Jedna z krewnych odwiedzała lekarza i apteki, uzyskała receptę, a poszukiwany lek został ostatecznie zamówiony w Anglii i wysłany do Polski. Rodzina próbowała więc wszystkiego, co znajdowało się w jej zasięgu — pomocy specjalistów, leczenia sanatoryjnego, leków sprowadzanych zza granicy oraz środków przygotowywanych przez zielarza. Żadna z tych metod nie przyniosła jednak trwałej poprawy.

Wieczorami cała rodzina klękała wspólnie do pacierza. Helena codziennie modliła się za wstawiennictwem św. Judy Tadeusza, patrona spraw trudnych i beznadziejnych. Kazimierz wiedział, że prośby te dotyczą jego zdrowia. Krystyna wspominała, że często miał wtedy łzy w oczach, a niekiedy płakał. Były to jedne z nielicznych chwil, kiedy dzieci widziały ojca całkowicie bezbronnego i otwarcie okazującego emocje.

Na początku lat siedemdziesiątych stan Kazimierza dodatkowo się pogorszył. Coraz szybciej się męczył, kaszlał i miał trudności z oddychaniem. Wykonane w Jaśle zdjęcie rentgenowskie wykazało poważne zmiany w płucach. Zdiagnozowano u niego chorobę nowotworową, a w dokumentacji dotyczącej zgonu jako jego przyczyny wskazano raka płuc oraz gruźlicę. Kazimierz zmarł 12 marca 1973 roku w szpitalu w Potoku, mając zaledwie 40 lat. Pozostawił żonę Helenę oraz sześcioro dzieci. Od tej chwili ciężar utrzymania domu, prowadzenia gospodarstwa i wychowania rodziny spoczął na niej. Pracowała jako woźna w szkole podstawowej w Lublicy, gdzie zimą rozpalała węglem szkolne piece, a podczas wakacji malowała klasy i przygotowywała budynek do kolejnego roku szkolnego. Podejmowała również dodatkowe prace przy malowaniu domów, a w późniejszych latach została opiekunką w internacie Medycznego Studium Zawodowego w Jaśle.

Mimo licznych obowiązków Helena dbała o wykształcenie swoich dzieci. Wszystkie ukończyły szkoły w Jaśle, założyły własne rodziny i doczekały się kolejnych pokoleń. Kazimierz pozostał w ich pamięci nie tylko jako pracownik Gamratu, właściciel motocykli i człowiek zmagający się z ciężką chorobą. Wspominano również jego siłę, piękny głos oraz troskę o dom i dzieci. Równie ważnym elementem tej historii jest postawa Heleny, która przez lata uczestniczyła w poszukiwaniu pomocy dla męża, dostosowała do jego choroby pracę i życie całej rodziny, a po jego śmierci samodzielnie prowadziła gospodarstwo i wychowywała sześcioro dzieci. Jej los jest zarazem przykładem doświadczeń wielu kobiet mieszkających na podkarpackiej wsi w drugiej połowie XX wieku, na których codziennej pracy i wytrwałości opierały się całe rodziny.

Uprawa bakonu

Jeszcze w połowie XX wieku ważnym źródłem dochodu wielu gospodarstw był tytoń, nazywany przez mieszkańców „bakonem”. Uprawiano go na podstawie kontraktów, a zebrane i przygotowane liście odwożono do skupu we Frysztaku. Uprawa wymagała dużego nakładu pracy – od przygotowania rozsad, przez sadzenie i pielęgnację roślin, aż po suszenie oraz sortowanie liści przed oddaniem do skupu.

Z rodzinnych wspomnień wynika, że tytoń uprawiali również moi obaj dziadkowie. Była to jedna z niewielu upraw pozwalających uzyskać gotówkę, dlatego dla wielu rodzin stanowiła ważne uzupełnienie dochodów z niewielkich gospodarstw. Dochody ze sprzedaży tytoniu miały często bardzo konkretne przełożenie na poziom życia mieszkańców. W mojej rodzinie pieniądze uzyskane z jego uprawy pozwoliły na budowę nowego murowanego domu w Bieździadce w latach sześćdziesiątych XX wieku.

W rodzinnych zbiorach zachowała się fotografia mojego dziadka, Józefa Ochałka, siedzącego na motocyklu. Wiadomo, że interesował się motoryzacją i przez lata korzystał z różnych jednośladów, jednak widoczny na zdjęciu pojazd pozostaje zagadką. Na błotniku można dostrzec rejestrację z wyróżnikiem „MN”, oznaczającym powiat stargardzki. Nikt z rodziny nie potrafi dziś wyjaśnić, do kogo należał motocykl ani w jakich okolicznościach wykonano fotografię.

Dla mieszkańców wsi pierwszych powojennych dekad motocykl był symbolem niezależności i coraz większej mobilności. Pozwalał szybciej dotrzeć do pracy, odwiedzać rodzinę mieszkającą w innych miejscowościach oraz utrzymywać kontakty poza najbliższą okolicą. Zachowane zdjęcie jest jednym z wielu rodzinnych śladów pokazujących, jak szybko zmieniał się świat mieszkańców okolicznych wsi w drugiej połowie XX wieku.

Dziś po dawnych plantacjach nie ma już śladu, jednak starsi mieszkańcy nadal pamiętają charakterystyczne pola obsadzone tytoniem oraz coroczne wyjazdy do punktu skupu we Frysztaku. Był to element lokalnej codzienności, który przez dziesięciolecia współtworzył krajobraz i gospodarkę okolicznych wsi.

Wędrówka po kraju

Po zakończeniu wojny wiele rodzin stanęło przed koniecznością szukania pracy poza rodzinnymi stronami. Część mieszkańców wyjeżdżała do rozwijających się ośrodków przemysłowych — przede wszystkim na Śląsk i do Łodzi.

Również bracia mojego dziadka opuścili rodzinne strony. Jednym z nich był Franciszek Ochałek, widoczny na fotografii obok. W młodości utracił wzrok w jednym oku, a w drugim widział bardzo słabo. Według rodzinnych wspomnień do urazu doszło podczas zimowych zabaw na nartach. Chłopcy zbudowali skocznię na stoku w pobliżu rodzinnego domu, co nie spodobało się właścicielowi gruntu. W czasie sprzeczki Franciszek miał zostać uderzony lejcami, które trafiły go w oko. Rana zagoiła się, jednak wzroku nie udało się uratować.

Mimo niepełnosprawności Franciszek nie pozostał na gospodarstwie. Na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych wyjechał do Łodzi, gdzie podjął naukę w szkole zawodowej dla osób niewidomych i słabowidzących. Według rodzinnych przekazów był to wówczas jeden z nielicznych, a być może jedyny tego typu ośrodek w Polsce. Po ukończeniu nauki znalazł zatrudnienie w łódzkim przemyśle włókienniczym. Mieszkał na Bałutach wraz z żoną Genowefą i trójką dzieci.

Z biegiem lat jego wzrok stopniowo się pogarszał. Rodzina wspominała, że pod koniec lat sześćdziesiątych widział już bardzo słabo lub całkowicie utracił zdolność widzenia. Na weselu swojego siostrzeńca Tadeusza Stasiowskiego poruszał się, prowadzony pod rękę przez żonę.

Za Franciszkiem do Łodzi wyjechali również jego młodszy brat Czesław Ochałek (1935–1992) oraz siostrzeniec Tadeusz Stasiowski (1943–1970). Ich losy dobrze pokazują skalę powojennych migracji mieszkańców okolicznych wsi do dużych ośrodków przemysłowych, które oferowały pracę, edukację i możliwość rozpoczęcia życia poza rodzinną miejscowością.

Podobne losy spotkały również rodzeństwo mojej babci. Część rodziny przeniosła się w okolice Wierzchlasu i Kolonowskiego, inni wyjechali na Górny Śląsk. Powojenne migracje stopniowo rozpraszały dawne wielopokoleniowe rodziny, które przez dziesięciolecia żyły blisko siebie — często w obrębie jednej wsi lub parafii.

Zmiany w gospodarstwach

Mimo zmian politycznych i społecznych, które przyniosły lata powojenne, codzienne życie na wsi przez długi czas niewiele różniło się od tego sprzed wojny. Podstawą utrzymania pozostawało niewielkie gospodarstwo rolne, kilka morgów ziemi, krowy, koń oraz praca własnych rąk. Jeszcze w latach 50. i 60. większość rodzin żyła głównie z rolnictwa, a mechanizacja postępowała powoli. W znacznej części gospodarstw prace polowe nadal wykonywano przy pomocy koni. Pojedyncze traktory pojawiały się głównie w większych gospodarstwach i przez długi czas pozostawały rzadkością.

Charakterystycznym elementem powojennej wsi były również tzw. „trajki” lub „biedki” – samodzielnie konstruowane trójkołowe pojazdy gospodarskie, często powstające na bazie motocykli i wykorzystywane do transportu drewna, płodów rolnych czy materiałów budowlanych. Dla wielu mieszkańców stanowiły one pierwszy krok pomiędzy tradycyjnym gospodarstwem opartym na sile konia a nowoczesną mechanizacją rolnictwa.

Anna Hendzel z domu Perełka (1900-1985), matka Cecylii Ochałek, podczas wypasu krów w Bieździadce. Jeszcze w drugiej połowie XX wieku podobny widok należał do codzienności wielu mieszkańców okolicy.

Dla wielu mieszkańców była to codzienność. Dzień rozpoczynał się wcześnie rano i obejmował opiekę nad zwierzętami, prace polowe oraz prowadzenie gospodarstwa domowego. Wspomnienia najstarszych mieszkańców pokazują, że jeszcze długo po wojnie krajobraz wsi wypełniały pasące się krowy, konie wykorzystywane do prac polowych oraz niewielkie rodzinne gospodarstwa przekazywane z pokolenia na pokolenie.

Wpływ starszego pokolenia na dzieci

Wiktoria Janas z domu Mamroł (1899–1965), moja prababcia. To właśnie ją najczęściej wspominano jako osobę opiekującą się wnukami i prowadzącą je na nabożeństwa do kościoła w Bieździedzy.

W wychowaniu dzieci ważną rolę odgrywali nie tylko rodzice, ale również dziadkowie. W wielu domach pod jednym dachem mieszkały trzy pokolenia, a opieka nad najmłodszymi była wspólnym obowiązkiem całej rodziny. Dziadkowie pilnowali wnuków podczas pracy rodziców w gospodarstwie, przekazywali wiedzę religijną, uczyli modlitw i opowiadali historie ze swojej młodości.

W rodzinnych wspomnieniach szczególnie często pojawia się Wiktoria Janas. To ona zabierała wnuki na nabożeństwa majowe i różańcowe do kościoła w Bieździedzy. Droga prowadziła przez pola, a babcia już po drodze modliła się w skupieniu. Rodzice przyjeżdżali później własnym transportem — jak Kazimierz i Helena Ochałkowie, którzy często docierali do kościoła motocyklem WSK.

Istotnym elementem dzieciństwa były również książki czytane w domu. Choć dostęp do nich był ograniczony, wiele rodzin posiadało pojedyncze egzemplarze, które czytano wielokrotnie. We wspomnieniach pojawiają się między innymi Krzyżacy Henryka Sienkiewicza oraz Księga tysiąca i jednej nocy, czytane dzieciom przez starsze pokolenie podczas długich wieczorów.

Moja mama wspominała, że to właśnie jej dziadek Stanisław Hendzel nauczył ją czytać i grać w karty, szczególnie w popularnego „tysiąca”. Był cieślą i przez wiele lat budował domy w okolicy. Chętnie opowiadał o wydarzeniach, których był świadkiem, wspominał obie wojny światowe i cieszył się dużym autorytetem w rodzinie. Dla kolejnego pokolenia był nie tylko dziadkiem, ale również żywym łącznikiem z dawnym światem, który odchodził już w przeszłość.

Stanisław Hendzel (1897–1982), mój pradziadek. Fotografia przedstawia go w podeszłym wieku — właśnie tak zapamiętała go moja mama.

Od metryki do pamięci. Epilog

Po setkach rodzin, które przez ponad dwa stulecia pojawiają się na kartach ksiąg metrykalnych parafii Bieździedza, pozostało znacznie więcej niż tylko nazwiska zapisane przy chrzcie, ślubie czy zgonie. Do dziś zachował się gotycki kościół parafialny, przy którym przez pokolenia gromadzili się mieszkańcy Bieździedzy, Bieździadki, Lublicy i Sowiny. Przetrwał pożary, wojny i zmiany granic, pozostając niemym świadkiem życia ludzi, których historie próbowałem odtworzyć na kartach tego opracowania.

O dawnych mieszkańcach przypominają również cmentarz parafialny, przydrożne krzyże i kapliczki fundowane przez gospodarzy, stare drzewa, dawne układy pól widoczne jeszcze na mapach katastralnych oraz pojedyncze domy przekazywane z pokolenia na pokolenie. Do dziś zachował się dom wybudowany w 1888 roku przez mojego prapradziadka Tomasza Ochałka, o czym przypomina data wyryta na jednym z drewnianych tragarzy. Takie niepozorne detale są często najtrwalszym świadectwem obecności dawnych mieszkańców. Pokazują, że historia nie znajduje się wyłącznie w archiwach, lecz nadal jest obecna wokół nas.

Data „1888” zachowana na drewnianym tragarzu domu wybudowanego przez mojego prapradziadka Tomasza Ochałka. Fot. Marta Liber.

Kapliczka w dawnym parku dworskim Romerów w Bieździadce. Jest jednym z materialnych śladów dawnego świata dworu, który przez pokolenia współtworzył życie gospodarcze i społeczne miejscowości.

Najtrwalszym dziedzictwem pozostają jednak sami mieszkańcy. Współczesne rodziny noszące nazwiska Ochałek, Hendzel, Janas, Urban, Kopeć, Lechwar, Liszka, Suchan i wiele innych są często bezpośrednimi potomkami osób odnajdywanych w najstarszych zachowanych księgach parafialnych. Choć granice pomiędzy poszczególnymi rodami mogą początkowo wydawać się wyraźne, metryki pokazują coś zupełnie innego. Po kilku pokoleniach losy rodzin nieustannie się przeplatają, a historia jednej rodziny bardzo szybko staje się historią wielu innych.

Przekonałem się o tym również podczas odtwarzania własnego drzewa genealogicznego. Choć noszę nazwisko Ochałek, moja historia jest jedynie niewielkim fragmentem znacznie większej opowieści. Udało mi się odtworzyć wywód moich bezpośrednich przodków obejmujący ponad 250 osób, należących do dziesiątek rodzin związanych z parafią Bieździedza i sąsiednimi miejscowościami.

Ochałek • Hendzel • Janas • Kurek • Mamroł • Kulig • Perełka • Liszka • Macuga • Zięba • Mijal • Skocz • Szeblo • Dominik • Caban • Koś • Rutka • Stasiowski • Czajka • Kowalska • Głód • Wójcik • Niklewicz • Mołodecka • Goźdecka • Zemrys • Dubiel • Komisarz • Matysik • Kośniowska • Bujak • Macek • Szczyrba • Parys • Szewczyk

Rody, z których wywodzi się ponad 250 moich przodków odnalezionych w metrykach parafii Bieździedza i okolic.

Historia parafii okazuje się więc historią jednej wielkiej społeczności powiązanej siecią pokrewieństw, małżeństw, sąsiedztwa i wspólnych doświadczeń. Społeczność ta bardzo się zmieniła. Zanikły dawne zawody, zniknął dwór, a wiele rodzin rozproszyło się po Polsce i świecie. Mimo to nazwiska odnajdywane w metrykach nadal można spotkać w Bieździedzy, Bieździadce, Lublicy i Sowinie, a zachowane księgi pozwalają prześledzić losy ludzi, którzy przez ponad dwa stulecia tworzyli ten fragment ziemi jasielskiej.

Spojrzenie na historię rodzin nie kończy się dziś na metrykach, fotografiach i dokumentach archiwalnych. Coraz większą rolę odgrywa genealogia genetyczna, która pozwala badać pokrewieństwo pomiędzy rodzinami oraz śledzić pochodzenie poszczególnych linii rodowych. Osoby zainteresowane tym zagadnieniem mogą zapoznać się z artykułem Genealogia genetyczna – czym jest i jakie wyróżniamy testy?, a także z opracowaniem Daniela Piotra Lisa prezentującym praktyczne wykorzystanie badań Y-DNA w genealogii rodzin z naszego regionu: Y-DNA.

Przez lata indeksacji i analizy metryk wielokrotnie miałem wrażenie, że granica pomiędzy przeszłością a teraźniejszością jest znacznie cieńsza, niż mogłoby się wydawać. Za każdym wpisem kryje się czyjeś życie — rodzina, praca, radości i tragedie. Większość dawnych mieszkańców nie pozostawiła po sobie pamiętników, fotografii ani okazałych nagrobków. Pozostało jedynie kilka słów zapisanych ręką kolejnych proboszczów przed dwustu laty. To właśnie z tych krótkich zapisów można dziś próbować odtworzyć ich życie i przywrócić pamięć o ludziach, którzy przez stulecia tworzyli miejscową społeczność.

Praca nad tym opracowaniem nauczyła mnie również czegoś o własnej rodzinie. Dzięki metrykom, fotografiom, dokumentom i rozmowom z najstarszymi krewnymi mogłem poznać ludzi, których nigdy nie miałem szansy spotkać. Niektórych znam dziś jedynie z kilku zdań zapisanych w księgach, innych z rodzinnych wspomnień, starych fotografii lub przedmiotów, które przetrwały do naszych czasów. Każda z tych historii okazała się ważna.

Mam nadzieję, że opracowanie to stanie się nie tylko próbą ocalenia pamięci o dawnych mieszkańcach parafii, ale również zachętą do odkrywania historii własnych rodzin i miejscowości. Jeżeli skłoni choć jedną osobę do rozmowy z dziadkami, przejrzenia rodzinnych fotografii, zapisania wspomnień najstarszych krewnych lub zainteresowania się własnymi korzeniami, uznam czas poświęcony na jego przygotowanie za dobrze wykorzystany.

Z własnego doświadczenia wiem, że najcenniejsze opowieści często czekają tuż obok nas — w rodzinnych albumach, na strychach starych domów, w pamięci naszych bliskich i na kartach zapomnianych ksiąg metrykalnych. Warto je ocalić, zanim odejdą razem z ludźmi, którzy je pamiętają.

Źródła i podziękowania

Przy przygotowaniu tego opracowania korzystałem ze źródeł drukowanych, ksiąg metrykalnych, materiałów archiwalnych, dokumentów rodzinnych, fotografii oraz wspomnień mieszkańców. Jednym z najważniejszych punktów odniesienia była publikacja ks. Władysława Sarny Opis powiatu jasielskiego, zawierająca wiele informacji dotyczących historii miejscowości, właścicieli dóbr, życia religijnego oraz społeczności zamieszkującej region.

Podstawowym źródłem były księgi metrykalne parafii Bieździedza z lat 1784–1945. Ich indeksacja i analiza statystyczna pozwoliły odtworzyć przemiany demograficzne oraz historię wielu rodzin związanych z Bieździedzą, Bieździadką, Lublicą i Sowiną. Korzystałem z ksiąg przechowywanych w archiwum parafialnym, Archiwum Państwowym w Rzeszowie, Oddziale w Sanoku, oraz w Urzędzie Stanu Cywilnego w Kołaczycach.

W Archiwum Państwowym w Rzeszowie, Oddziale w Sanoku, korzystałem również z innych materiałów dotyczących mieszkańców regionu, między innymi arkuszy ocen uczniów miejscowych szkół oraz dokumentów z 1945 roku związanych ze stratami wojennymi. Szczególnie interesujące okazały się deklaracje mieszkańców Lublicy, pozwalające nie tylko odtworzyć skalę zniszczeń, ale również rozpoznać osoby odgrywające ważną rolę w lokalnej społeczności.

W trakcie kwerendy sięgałem także do zbiorów Archiwum Narodowego w Krakowie, między innymi do akt dotyczących dóbr bieździedzkich i rodziny Romerów (sygn. 29/279/0/2/504) oraz akt sądowych odnoszących się do mieszkańców parafii. Wśród nich znalazła się sprawa Stanisława Ochałka z Bieździadki przeciwko Franciszkowi Kopciowi z 1908 roku (sygn. 29/462/0/2/226), pozwalająca poznać język, emocje i codzienne konflikty mieszkańców wsi.

Cennym źródłem informacji o życiu mieszkańców w XX wieku były dokumenty z archiwum Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, w tym materiały dotyczące przebiegu zatrudnienia i służby wojskowej Józefa Ochałka. Metryczkę ewidencyjną Heleny Ochałek z domu Hendzel pozyskałem natomiast z Archiwum Państwowego w Warszawie, Oddziału Dokumentacji Osobowej i Płacowej w Milanówku. Dokumenty te pozwoliły uzupełnić wiadomości pochodzące z ksiąg parafialnych o informacje dotyczące wykształcenia, wyglądu, pracy zawodowej i codziennego życia opisywanych osób.

Istotną część opracowania stanowią rodzinne fotografie, dokumenty osobiste oraz relacje ustne. Szczególnie wartościowe były wspomnienia Cecylii Ochałek, Stanisława Ochałka oraz innych członków rodzin związanych z dawną parafią. Pozwoliły one uzupełnić wiadomości zapisane w urzędowych dokumentach, odtworzyć historie poszczególnych domów i gospodarstw, a także zachować język i szczegóły codzienności, których próżno szukać w księgach metrykalnych.

Pomocniczo korzystałem również z zasobów internetowych, w szczególności Geneteki, serwisu Szukaj w Archiwach, Arolsen Archives, Ellis Island, des.genealogy.net i BillionGraves oraz innych baz genealogicznych i historycznych. Pozwoliły one uzupełnić losy mieszkańców parafii po emigracji, podczas służby wojskowej, w czasie obu wojen światowych oraz po opuszczeniu rodzinnych miejscowości.

Podziękowania

Największe podziękowania należą się mojej rodzinie. Dziękuję moim rodzicom — Adamowi i Teresie Ochałkom, mojej babci Cecylii Ochałek, wujowi Stanisławowi Ochałkowi, Marii i Krystynie Lulińskim oraz Barbarze Witalis. To dzięki ich cierpliwości, pamięci i gotowości do wielogodzinnych rozmów udało się ocalić wiele historii, które bezpowrotnie zniknęłyby wraz z odejściem kolejnych pokoleń.

Dziękuję również dalszym członkom rodziny i wszystkim osobom, które przez lata wspierały moje poszukiwania genealogiczne. Szczególne podziękowania kieruję do Stanisława Ochałka z Końskich, Zofii Kozioł, Franka Cyrulika, Johna i Paula Radzilowskich, Jana Kuliga, Renaty Maciechowskiej oraz Marii Fornal. Każda rozmowa, fotografia, dokument i rodzinna opowieść pomagały lepiej zrozumieć losy ludzi, którzy tworzyli społeczność parafii Bieździedza.

Osobne podziękowania kieruję do mojej żony Anny oraz syna Wojciecha za cierpliwość, wyrozumiałość i inspirację. Bez ich wsparcia praca nad tym opracowaniem nie byłaby możliwa.

Awatar Adrian Ochałek

Adrian Ochałek, Kraków 29.05.2026

Autor